Bomba w Wiedniu

Pewnego dnia, gdy wróciłam po długim pobycie na Teneryfie do Polski, stwierdziłam, ze chcę zostać. Oczywiście miałam już plany na kolejny wyjazd, tym razem na stałe, ale złożyło się wiele czynników na decyzję o zostaniu w kraju. W końcu tyle się mówi, że w Polsce to się lepiej żyje, że „jesteś kowalem swojego losu”, „jeśli chcesz to wszystko jest możliwe!”. Łykając chwilowo dawkę hurraoptymizmu stwierdziłam: „dam radę! W końcu chcę, bardzo, ale to bardzo chcę żyć w Katowicach, i nigdzie indziej!”. Miałam wiele zapału i byłam dobrej myśli. Hehe. 😀

Po tygodniu poszukiwań pracy hurraoptymizm mi przeszedł 😀 Z 18 złotych na godzinę na samozatrudnieniu bym się przecież nie utrzymała, no chyba że bym tyrała od rana do wieczora, ale ja bym chciała jeszcze przy okazji trochę pożyć. Lepszych ofert pracy nie było. Zostać w Polsce było równoznaczne z kulą w łeb (bo czy życie w rozpaczy można nazwać życiem?). Realizacja marzeń nieraz okazuje się rozczarowująca szczególnie, gdy te marzenia były wcześniej niedopracowane. W tym wypadku, gdybym została w kraju, byłoby to raczej piekło aniżeli spełnienie marzenia.

Więc uwidziało mi się inne rozwiązanie – pojechać gdzieś za granicę, ale na tyle blisko, by w weekend móc wpaść do domu. No to gdzie jedziemy? Spojrzałam na mapę i moje oczy zatrzymały się na…Wiedniu. Zaczęłam szukać w internecie ogłoszeń z austriackiej stolicy i o dziwo od razu znalazłam. Wysłałam CV, dnia następnego zadzwonił telefon znad Dunaju. Praca od zaraz. Super, biorę!

Odłożyłam słuchawkę, uśmiechnęłam się do siebie, po czym zaczęłam przeglądać sieć w poszukiwaniu mieszkania, czy choćby pokoju do wynajęcia. Nie było to proste, w Wiedniu trudno znaleźć lokum w rozsądnych cenach, w dodatku od zaraz. „Może ktoś znajomy jest w Wiedniu?” Nikt mi nie przyszedł na myśl. Problemem był czas – poszukiwanie mieszkania zaczęłam w środę, a od poniedziałku miałam już zacząć pracę.
Siostra podpowiedziała mi, żebym poszukała miejsca w akademiku. „Czasem jak mają puste miejsce to przyjmują ludzi, którzy nie są studentami”- powiedziała. Nie wierzyłam jej, a nawet jeśli było prawdą to co mówiła, to przecież w Wiedniu zawsze jest tyle studentów, że pewnie zwyczajnie nie ma szans na taką opcję. „Spróbuj” – naciskała.
Napisałam do większości akademików w Wiedniu. Następnego dnia otrzymałam 4 maile mówiące o braku miejsc. Pomysły się wyczerpały. Nie wiedziałam, co robić. Odstawiłam laptopa i poszłam napić się piwa. 😊
Popołudniu w skrzynce mailowej pojawiła się wiadomość z jeszcze jednego domu studenckiego. „Mamy miejsce dla Pani w pokoju dwuosobowym”. Alleluja! Udało się!
W piątek wyruszyłam. Byłam wystraszona, bo mój niemiecki był bardzo słaby, ponadto nie wiedziałam czego się spodziewać w nowej pracy. Wtedy uświadomiłam sobie również, że wszystkie decyzje były podjęte na szybko, na wariata, a co za tym idzie, prawdopodobieństwo wdepnięcia w coś śmierdzącego było wiele większe. Zaryzykowałam i wiązało się to z olbrzymim stresem.

Dotarłam do domu studenta późnym wieczorem. Miły pracownik akademika pokazał mi wspólną kuchnię (dla osób z dwóch pięter), pralnię, zwrócił uwagę na pewne szczegóły. Dał kluczyk i powiedział, że w pokoju zameldowana jest jeszcze jedna dziewczyna.
Przed wejściem do mojego lokum delikatnie zapukałam. Nikt nie otworzył. Przekręciłam kluczyk, nacisnęłam klamkę i z wyczuwalnym napięciem w całym ciele odchyliłam drzwi. Cisza. Nikogo tam nie było. „Ufff, może poszła na imprezę, to dobrze, bo nie mam ochoty na small talk. Jedyne czego chcę, to spać”.

Dnia następnego rozpakowałam się, poszłam na zakupy, po czym do wieczora siedziałam w pokoju i uczyłam się niemieckiego. Współlokatorka nie przyszła. „Podejrzane”, pomyślałam. Zaczęłam się przyglądać zdjęciom, które wisiały nad jej łóżkiem. Jedno przedstawiało pięć dziewczyn ubranych w długie spódnice i z chustami na głowach. „O kurde, muzułmanka”. Następne zdjęcie – także ludzie o ciemniejszej karnacji, których pochodzenie określiłabym na zdecydowanie nieeuropejskie. Nad łóżkiem wisiała jeszcze ulotka austriackiej policji i jakiś nr telefonu. Zaczęłam „łączyć fakty”, mianowicie:
– muzułmanka
– interesuje się policją
– nie nocuje w miejscu, w którym powinna nocować
Więc gdzie śpi?
Odpowiedź była dla mnie jednoznaczna – u swojego mężczyzny, który się gdzieś ukrywa i który majstruje bomby na zamach!!! Ona dostarcza mu materiały. Serio, tak pomyślałam. 😊

W końcu w Polsce szerzy się teorie, jakoby uchodźcy wcale uchodźcami nie byli, a jedynie terrorystami mającymi za zadanie zniszczyć Europę w imię Allaha. Nie kwestionuję faktu, że radykalne odmiany islamu być może mają taki cel, niemniej jednak w tych naszych rozważaniach zbyt dużo gra się strachem Polaków i wzbudza się nienawiść do odmiennych kultur. Sama trochę takim myśleniem przesiąkłam, stąd pojawiły się chore podejrzenia względem dziewczyny, której nawet nie znałam. Gdy patrzę na kwestię uchodźców z perspektywy czasu, to nie spostrzegam w obcych nic bardziej groźnego niż to, co sami sobie potrafimy robić. Dziś każdego dnia mam styczność z ludźmi z Syrii, Iraku, Iranu, Bangladeszu, Afganistanu, Turcji i nie spotkało mnie z ich strony nic złego.
Jedyne, co było niewłaściwe w przyjmowaniu uchodźców do Europy to brak kontroli nad przybyszami, danie im możliwości mieszkania w dużych grupach, obdarowywanie ich zasiłkami, przez które mało komu chciało się uczyć języka czy nowych umiejętności. O ile Europa, lepiej lub gorzej, próbowała pomóc uchodźcom, na tyle Polska całkowicie się odwróciła poprzez sianie strachu w społeczeństwie. Strach zasiała także we mnie na tyle duży, że będąc w Wiedniu momentami czułam się wręcz sparaliżowana widząc osoby o ciemniejszej karnacji. Takie postępowanie nie było właściwie, tu nie mam żadnych wątpliwości.

Ponadto kiedy człowiek jest sam w obcym miejscu, w którym wszyscy mówią niezrozumiałym językiem, różne głupoty przychodzą mu do głowy. Jest 10x bardziej podejrzliwy niż w miejscu dobrze znanym. Zmysły się wyostrzają, trochę jak w dżungli. Wtedy byłam w takim stanie, że na każdego człowieka patrzałam jak na wroga. Byłam w ciągłej gotowości do ataku, bo nie dość, że nikogo nie znałam i nie potrafiłam mówić po niemiecku, to jeszcze w głowie siedziało przeświadczenie, że każdy mężczyzna z ciemną skórą chce mnie zgwałcić. To było chore. Serio, robimy sobie paskudztwo plując na imigrantów, z którymi tak naprawdę w Polsce mamy niewiele do czynienia. I nie ma nic gorszego niż poczucie, że my jesteśmy lepsi, oni gorsi, oni są źli, a my dobrzy. Hitler też tak myślał o Żydach.

Asalę poznałam dopiero we wtorek. Siedziałam przy biurku ucząc się niemieckiego, gdy nagle usłyszałam otwierające się drzwi, po czym poczułam piękny zapach (pachniała wyjątkowo). Odwróciłam się i zobaczyłam ciemnowłosą dziewczynę ze ślicznym, szczerym uśmiechem. Od pierwszego wejrzenia ją bardzo polubiłam i zapomniałam o bombie.
Asala pochodziła z Afganistanu, w Austrii przebywała od dwóch lat. Nie pracowała, ale chodziła na kurs języka niemieckiego. Miała 33 lata. Na pytanie czy tęskni za ojczyzną miała łzy w oczach, ale odpowiedziała, że nie ma do czego wracać. Jej ojciec zginął w zamieszkach, gdy ona była nastolatką. Matka zamieszkała w Grecji z nowym partnerem. Asala została sama.
Zdecydowała się na nowe życie w Austrii, bo wielu uchodźców a Afganistanu znalazło tam schronienie. Poza tym jej starsza siostra wraz z mężem mieszkali w Wiedniu. To u niej przebywała weekendami i w każdej wolnej chwili. Asala lubiła dzieci, a o maluchach siostry mogła opowiadać bardzo długo.
Spędzałyśmy ze sobą wiele czasu, uczyłyśmy się razem języka, opowiadałyśmy o tym co się je w naszych krajach, jakie mamy tradycje. Asala pokazała mi afgański alfabet, co wzbudziło mój podziw, bo przecież europejskie literki są całkiem inne od arabskich, a mimo to dobrze radziła sobie z niemieckim. Opowiadała o tym, że chciałaby zostać kelnerką. A może i policjantką, ale do tego trzeba czasu i perfekcyjnej umiejętności posługiwania się językiem niemieckim. Była tego świadoma i każdego dnia wiele czasu spędzała z książkami.

Mimo, że obie kaleczyłyśmy niemiecki przeplatając angielskim, dogadywałyśmy się świetnie. Przynosiła mi afgańskie przysmaki, a ja jej ekologiczne pomidory z ogródka moich rodziców oraz ciasta pieczone przez moją mamę. Jakbym miała ją jednym słowem określić to powiedziałabym, że była po prostu dobrym człowiekiem. Cieszę się, że było mi dane ją poznać.

Mój poziom stresu znacząco zmalał, gdy się z Asalą zaznajomiłam. Na osoby mijane na ulicy przestałam patrzeć tak podejrzliwie jak do tej pory. Ludzie z natury nie są źli. To świat, ideologie, religie czasem czynią z nich bydlaków, ale nie można na wszystkich patrzeć, jakby chcieli nam zrobić krzywdę. Za granicą co prawda trzeba mieć łeb na karku, ale nie można dać się zwariować. Czasem trzeba zaufać, że wszystko będzie dobrze, a ludzie wokół, tak jak my, chcą układać sobie szczęśliwe życie. Tak jak Asala. Życzę jej wszystkiego co najlepsze, bo na to zasługuje.

p.s. dołączam zdjęcia ze spaceru, na którym wiewiórki siedziały z nami na ławeczce i chciały dostać afgańskiego łakocia 🙂

Jedna uwaga do wpisu “Bomba w Wiedniu

  1. Świetny tekst, głęboko przemyślany i bardzo dojrzały. Daje dużo do myślenia szczególnie jeżeli chodzi o to jak łatwo spotęgować u nas lęk przed nieznanym – do tego stopnia, że w każdym obcym widzimy tylko potencjane zagrożenie. To wszystko powoduje, że jesteśmy ślepi i nieczuli przez co nawet nie wiemy jak wiele wartościowych znajomości i potencjalnych możliwości nam umknęło…(znam autorkę i wiem, że to jej autentyczne doświadczenia)

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s