Jak znalazłam się w środku nocy w szczerym polu pod Linz

Po 3 tygodniach urlopu, który spędziłam w Polsce, przyszedł czas na powrót do Austrii. Ten moment jest dla mnie mocno demotywujący, bo zawsze mam dużo rzeczy do zabrania, a rąk i sił do noszenia dwóch walizek, plecaka, laptopa zdecydowanie za mało. Ponadto tym razem moja podróż miała zająć 3 dni. Plan był taki, że jadę do Wiednia, przesiadam się na pociąg, który zabiera mnie do siostry. Tam spędzam następny dzień, a na weekend jedziemy do mnie.

Na dworcu zawsze towarzyszy mi wiele nerwów, po wpakowaniu walizek do luku bagażowego i zajęciu miejsca w autobusie czuję ulgę i odprężenie. I tym razem niemal pół godziny po odjechaniu lekko przysnęłam. Jednak tuż po przebudzeniu zamarłam – oto uświadomiłam sobie, że zostawiłam w Polsce… klucz do mieszkania.

Trochę zamroczona zadzwoniłam do mamy i spytałam, czy na stole w pokoju gościnnym nie leży pęczek kluczy na smyczy. Mama na to, że owszem. Słyszała, że mój głos jest dziwny i po chwili zorientowała się dlaczego. Przez moment milczałyśmy. No ale trzeba było się ogarnąć. Obie zaczęłyśmy szukać połączeń do Wiednia bądź do Linz. Przesyłka kurierska nie wchodziła w grę, z moich obliczeń wynikało, że klucz nie zdąży dojść. W pierwszej chwili brałyśmy pod uwagę podrzucenie kluczy konduktorowi w pociągu lub komuś w następnym autobusie. Niestety nie było dogodnych połączeń. Generalnie przeanalizowałyśmy wiele opcji i najlepszą był… blablacar.

Znalazłam mężczyznę, który nocą miał wyjechać z Pomorza, miał przejeżdżać przez moje miasto, i stamtąd ruszyć do Linz. Według planu w Katowicach jego seat miał być o 5 rano,  a w Linz około 12stej. Zadzwoniłam do niego, zaproponowałam, że dam mu 10 euro jeśli przywiezie mi małą paczuszkę. Zgodził się. Tak więc napięcie spadło, bo miałam wrażenie, że problem został rozwiązany. Mama otrzymała ode mnie numer telefonu do tego człowieka, tak żeby dokładnie się umówić odnośnie miejsca przekazania kluczy.

Następnego dnia wstałam o 7 rano i pierwsze co zrobiłam, to zadzwoniłam do Polski. „I co, jedzie mój klucz?”. Mój puls podskoczył chyba do 150, gdy mama oznajmiła, że… nie. „Ten pan ma problem z kołem, gdy do niego dzwoniliśmy to stał pod Warszawą i czekał na wymianę”. Nie wierzyłam w to co słyszałam, myślałam że eksploduje. Powiedziałam, że w takim razie lepiej ten klucz wsadzić do rannego busa do Wiednia i ja sobie po niego podjadę. Mama zaczęła mnie uspakajać, powiedziała że poczekają na tego człowieka, że takie sytuacje się zdarzają.

Dopiero po godzinie 11 dostałam telefon, że klucz jest w rękach kierowcy jadącego do Austrii. Wtedy zaczęły się prawdziwe nerwy. Obliczyłam, że we wsi pod Linz, w której kazał mi się stawić, będzie około godziny 17stej. Jako że moja siostra mieszka daleko od centrum, musiałam wyjść odpowiednio wcześnie (po 14stej), dojechać na dworzec, z niego pół godziny pociągiem przemieściłam się do małego urokliwego miasteczka, które było jeszcze o 8 km oddalone od miejsca spotkania, więc musiałam podjechać kolejnym autobusem. Ostatni autobus powrotny miałam po 19stej, a pociąg koło 21. „Spokojnie zdążę”, pomyślałam.
Wysiadłam z autobusu na zapadłej wsi, w której było może z 15 domów wzdłuż wąskiej ulicy, mnóstwo pól, dwa zakłady przemysłowe. Od „głównej” drogi odchodziło kilka pobocznych polnych dróżek. Usiadłam pod kościołem i zadzwoniłam do dostawcy mojego klucza. Bezskutecznie. Już w pociągu próbowałam się skontaktować z mężczyzną, ale wyglądało na to, że telefon jest wyłączony. „Może jest gdzieś poza zasięgiem”, pomyślałam i nie zmartwiłam się tym specjalnie. Tym razem, siedząc już na miejscu, nie mogąc dodzwonić, zaczęłam odczuwać niepokój, który z czasem przerodził się w furię. Dzwoniłam co 5 minut przez jakąś godzinę. Kierowca wiedział, że potrzebuję czasu, by dotrzeć w wyznaczone miejsce, że jestem zdana na autobusy i pociągi, więc kazałam mu zadzwonić 2 godziny przed przyjazdem. A tu echo. Miałam ochotę coś rozwalić. W sumie siedziałam w tej zapadłej wsi 4 godziny – od 16 do 20. Oczywiście autobus już pojechał, ale było mi już wszystko jedno. Moja siostra skończyła dawno pracę, napisała, że przyjedzie po mnie. W trakcie oczekiwania zadzwonił obcy numer. To był genialny dostawca klucza. Przepraszał mocno za opóźnienie i poinformował, że dzwoni z telefonu kolegi, bo jego się zepsuł. Powiedział także, że będzie dopiero po 23. Adres posłał smsem. Miałam ochotę wybuchnąć, ale się powstrzymałam, w końcu ten człowiek miał moje klucze. Tak więc gdy przyjechała moja siostra, to poszłyśmy na piwo do pobliskiej knajpy i wyżaliłam się na nieprawdopodobnie nieogarniętego kierowcę. „Gdzie on się podziewał cały ten czas?! Żeby tak długo jechać do Linz?!”. Siostra mnie uspakajała, stwierdziła, że mężczyzna pewnie zrobił sobie przerwę na drzemkę po drodze, w końcu pół nocy stał pod Warszawą w oczekiwaniu na zmianę koła. Wypiłam dwa piwa, nadeszła godzina 22:45. Zobaczyłyśmy na mapie, że miejsce spotkanie oddalone jest ciut od „centrum” wioski. Zadzwoniłam do mężczyzny z pytaniem, czy aby na pewno o 23 będzie. „Tak, będę”. „No to jedziemy”, oznajmiłam.

Byłyśmy przerażone, bo GPS poprowadził nas w jakieś ciemne pole. Wokół dosłownie nic nie było, jedynie jeden, duży, tak jakby ukryty dom. Z minuty na minutę narastało we mnie przeczucie, że to pułapka, że już po nas. Coś nam ewidentnie śmierdziało.

Punkt 23:00, seata na polskich blachach nie było. 10 po – nadal czekałyśmy, choć w głowie siedziało pytanie, czy lepiej nie zwiewać. Zadzwoniłam – bez odbioru. Facet przyjechał 23:25. Wyszłam z samochodu przygotowana na najgorsze. Nigdy w życiu nie byłam tak przerażona jak wtedy. Nie wierzyłam we własną głupotę – dałam się wyprowadzić w środku nocy w szczere pole. Z seata wysiadł wysoki, niechlujnie ubrany mężczyzna. Dał mi przesyłkę, a ja mu 10 euro. Ufff, szybko podziękowałam i miałam wskoczyć do auta, gdy mężczyzna powiedział, że miałby gorącą prośbę.
– Yyyy, tak, słucham. – wyjąkałam.
– Zamieni mi pani złotówki na euro? Bo nie mam ani centa przy sobie, bo wożę przesyłki i mi ludzie tylko w złotówkach płacą, i teraz muszę się głowić. Jutro z rana miałem iść do kantoru, ale przydałoby mi się euro na paliwo.
– Yyyy, wie Pan co, nie mam przy sobie gotówki. Przykro mi bardzo…
– Aha… no trudno. Do widzenia.
Jego prośba była bardzo dziwna. Kto o zdrowych zmysłach jedzie do Austrii bez euro? A jeśli nawet – to przecież można w ostateczności zawsze kartą zapłacić, mógłby sobie minimalną dawkę paliwa zatankować, byle do rana. Poza tym tyle czasu go nie było, na tyle godzin przepadł, mniemam, że w Austrii był od dobrych 8 godzin. Nie mógł wstąpić do kantora? Śmierdziało, mocno śmierdziało.

Po pół godziny, w drodze do Linz, z mojej torebki wydobył się dźwięk telefonu. Kierowca seata dzwonił z numeru, który rzekomo mu się zepsuł.
– Słucham.
– Bardzo proszę mi pomóc! Nie mam gdzie spać, nie mam pieniędzy na paliwo, niech mnie pani tak nie zostawia! Ja podjadę do Linz, wybierze pani pieniądze w bankomacie i mi pani wymieni złotówki! – błagalnym głosem prosił. Dla mnie był to szok. Nie chciał podjechać do Linz, żeby mi klucze dać nawet za większą opłatą, a teraz nagle może się zjawić w centrum miasta?
– Niestety przykro mi, ale ja już jestem w drodze do Innsbrucka. Miał Pan być koło południa, a przyjechał pan w środku nocy. Ja już mam duże opóźnienie, ja już dawno powinnam być w Tyrolu. Także przykro mi, ale nie jestem w stanie na pana czekać.
– No proszę! Szybko się zjawię! Będę pani bardzo wdzięczny!
– Nie, przykro mi.
– Kurwa ludzie to zawsze mnie wystawiają! Ja chcę być dobry, wożę różne paczki, a potem taką zapłatę otrzymuję. Ja nie rozumiem jak….
Rozłączyłam się. Stwierdziłam, że to kryminalista. Że trzeba to zgłosić na policję. Byłam roztrzęsiona, zaczęłam się nakręcać, że mężczyzna zapewne nie spodziewał się, że po klucz stawię się autem z siostrą, myślał, że będę sama czekać. W tym szczerym polu, po 23, sama…. matko boska…
Magda kazała mi się uspokoić, była chyba trochę wkurzona 😀 Nie byłoby tej sytuacji, gdybym tych głupich kluczy nie zapomniała….

Następnego dnia emocje opadły, przetrzepałam internet, znalazłam tego mężczyznę na facebooku. Na blablacarze miał dobre opinie, widać było, że bardzo często jeździł i woził ludzi. Siostra mnie ostudziła, powiedziała, że ten człowiek wyglądał na ogromnego życiowego nieogara. „Tacy ludzie są i nic nie poradzisz”. Dałam sobie spokój z dochodzeniem. Przez jakiś czas po tym zdarzeniu obserwowałam jego poczynania na facebooku, dziś już tego nie robię. Choć czasem sobie myślę, że.. że może jest oszustem, że okrada Polaków pod pretekstem trudnej sytuacji…? Może jednak powinnam była to zgłosić….? Albo może… a może powinnam była mu pomóc?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s