Atak rekina w Atlantyku

Teneryfa, któryśtam kwiecień 2017. Piękny, słoneczny dzień. Wolny dzień. W firmie, w której pracuje się ponad 250 godzin miesięcznie (mój rekord – 300 godz), 100 razy bardziej docenia się chwile, w których można ot tak położyć się nad wodą. Ten dzień postanowiliśmy spędzić na plaży Las Teresitas. Kąpaliśmy się w oceanie, gdy nagle Bronek krzyknął, żebym płynęła do brzegu, bo widzi rekina. Czym prędzej popłynęłam, ale niestety mój towarzysz stoczył walkę z żarłaczem. Do dziś ma ogromną bliznę na nodze. To jest wersja Bronka (tak mówił gdy wszyscy pytali czemu kuleje). Ja mam inne wspomnienia, ale przecież każdy wie, że jestem zawodową kłamczuchą, więc nikt mi nie uwierzy, jak było. 😊 A było, według mnie, tak:

Dotarliśmy na plażę Las Teresitas dość wcześnie, zadowoleni rozłożyliśmy kocyk.
– No, to otwieraj wino Bronuś!
– Z przyjemnością – powiedział uradowany Bronek.
On z przyjemnością, a ja z niecierpliwością (hehe :D) patrzyłam, jak mój kompan wkręca otwieracz w korek. I nagle bum! Szyjka butelki urwana, Bronek rozkraczony siedział na kocyku, a przyśrodkowa strona jego uda zalała się czerwienią. Bynajmniej nie było to wino, a krew. Skóra rozeszła się na kilka centymetrów, całe mięsko na wierzchu.
– O, przeciąłeś się trochę. To chyba dziś nie popływasz. – wypaliłam niewzruszona.
– No… chyba nie.
Siedzieliśmy sobie tak chwilę, patrzeliśmy na te bebechy w nodze, w końcu Bronek zbliżył krawędzie rany i stwierdził:
– Chyba będzie trzeba to zszyć.
– Yyyy. Aha. Serio? Może nie jest tak źle? Może samo się zrośnie?
– Nie. Trzeba będzie zszyć.
– Aha. Skoro tak mówisz to… to może pójdę po ratownika.

I poszłam 😀 Dziwi mnie moja reakcja, bo bardzo nie lubię w filmach patrzeć na np. rany, dźgnięcia nożem, operacje. Zawsze zakrywam oczy jak mała dziewczynka. Tymczasem widziałam na żywo tak paskudną ranę i zamiast od razu zareagować, ja siedziałam niewzruszona i jedyne co mi przyszło do głowy, to że będzie Bronka bolało gdy wejdzie do słonej wody.

Weszłam do budki ratownika i całkiem spokojnie powiedziałam, że kolega się zranił i potrzebuje opatrunku. Mężczyzna wziął plasterek i kazał mi wskazać gdzie leży mój znajomy. Odparłam, że plaster nie wystarczy, lepiej wziąć bandaż. Popatrzał na mnie, jak na blondynkę, która przez kilka kropelek krwi zawraca mu tyłek. No bo rzeczywiście byłam zupełnie spokojna.

Gdy doszliśmy do Bronka, ratownik wyglądał na mocno zdumionego i od razu zaczął machać do innego kolegi.
– Wezwij ambulans! – krzyczał (rozumiem wiele po hiszpańsku, wbrew pozorom)
Patrzał przez moment i wypalił:
– Jak on to zrobił?!
– Yyyy, no chciał wino otworzyć i się szyjka urwała.
– Niewiarygodne…
Spojrzał na butelkę w dwóch częściach, która leżała obok Bronka. Po chwili przybiegło dwóch innych ratowników. Po hiszpańsku się dziwili, jak to możliwe… Jednocześnie bandażowali Bronkowi nogę, który łapał się za głowę i bredził o zmarnowanym dniu wolnym. Jeden z Hiszpanów spytał mnie, czy dobrze się czuję.
– Yy… no… wszystko okej jak widać.
Panowie zaczęli się śmiać, że taka niewzruszona przyszłam prosić o pomoc. Karetka przyjechała błyskawicznie. Ratownicy pokrótce przedstawili lekarce jak wygląda rana, w tym czasie Bronek w dalszym ciągu przepraszał mnie, że zepsuł nam dzień wolny. „Spokojnie Bronuś, takie rzeczy się po prostu zdarzają, luz!” mówiłam. Po chwili Bronek jeszcze bardziej poczerwieniał:
– O boże… Kasia…. Ja nawet dokumentów nie mam przy sobie… karty zdrowia… nic!
– Yyyy, okej, może cię wezmą mimo to.
Przekazałam pani lekarce, że kolega zostawił dokumenty w Puerto, czyli w mieście oddalonym o godzinę drogi z Santa Cruz.
– Spokojnie, teraz jedziemy do szpitala, zszyjemy nogę, a potem będziemy się martwić formalnościami. – stanowczo powiedziała.

Zdziwiłam się. W Polsce taki Bronek na wstępie dostałby opieprz za to, że chciał się napić na plaży. Następny opieprz dostałby za to, że nie umie otworzyć butelki (choć ta musiała być wcześniej pęknięta, Bronek umie otworzyć wino!). A trzeci opieprz dostałby za brak dokumentów „coś pan z księżyca się urwał że dokumentów przy sobie nie nosisz?!”. Bez urazy, ale tak by było. Kto wie, może by go w ogóle nie wzięli.
Ale to Hiszpania – ratownicy mieli niezły ubaw, ja także, lekarka miała bardzo profesjonalne podejście i formalnościami nie zawracała sobie głowy. Tylko Bronek cierpiał.
– Mogę jechać z Wami? – spytałam lekarki.
– Tak tak, oczywiście, siądzie pani z przodu koło kierowcy.

I akcja. Jechaliśmy szybko, czasem pod prąd, na sygnale. Wszystkie samochody się nam zsuwały. Miałam ubaw jak dziecko. Pewnie nie byłoby wesoło, gdyby tętnica była uszkodzona, ale na szczęście rana była tylko do zszycia. Gdy Bronka wzięli w szpitalu do gabinetu, ja dzwoniłam do Krzycha, który mieszkał z poszkodowanym. Krzych szybko przesłał zdjęcie dowodu osobistego Bronka i numer karty europejskiej. Po zdarzeniu, gdy wróciliśmy do Puerto de la Cruz, ranny musiał jeszcze faxem przesłać dokumenty. I ot takie formalności. Proste, prawda? Nie trzeba się pluć. 😊
Także cóż mogę powiedzieć – nie bójcie się kontuzji, wypadków w Hiszpanii – mają tam fajne podejście 😊

Bronuś do dziś ma bliznę, która jest pamiątką nie spotkania z rekinem, a cudownego wolnego dnia, którego nie sposób zapomnieć. 😀 A mówią, że blizny przypominają cierpienie. Bynajmniej nie ta, hehe 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s