Trudno, to mało powiedziane

Przed wyjazdami trudno było mi sobie wyobrazić życie z w miejscu, gdzie mówi się innym językiem. A jednak, los mnie wyrzucił daleko od domu, w dodatku do kraju, w którym mówi się najbardziej znienawidzonym przeze mnie językiem. Niemiecki przysparza mi więcej problemów, niż mogłoby się wydawać.

Panuje bardzo błędne przeświadczenie według którego każdy, kto mieszka jakiś czas za granicą, uczy się języka, ot tak, mimowolnie. Słówka same wchodzą do głowy. Otóż nie ma bardziej idiotycznej głupoty, którą można wymyślić w odniesieniu do niemieckiego. Choć w Anglii też jest wielu Polaków, którzy ani me, ani be, ani kukuryku po angielsku. Nie ma reguły. Odniosę się jednak do niemieckiego, bo widzę, jak to wygląda.

Po pierwsze, na pewno łatwiej uczyć się języka, gdy nie ma się rodaków wokół siebie. To chyba jest podstawa. Bez tego idzie 10 razy wolniej.
Po drugie, bez poznania podstaw gramatyki ani rusz. Niemiecki jest tak pokopany jeśli chodzi o gramatykę, że nie wiem jak można się uczyć jedynie słówek. Tu zwyczajnie trzeba przysiąść i się skupić.
Po trzecie – jak się człowiek nie osłuchuje, to nic nie rozumie. Wielu obcokrajowców oszczędza, nie wyda kilku euro miesięcznie, żeby mieć dostęp do dużej ilości niemieckojęzycznych programów telewizyjnych. Od razu widać kto nie ma TV w domu i nie osłuchuje się z mową gospodarzy. Naprawdę, można 20 lat siedzieć w danym kraju i ani słowa nie znać.

Problemy z językiem wiążą się z poczuciem bezradności, przykrości. Pamiętam jedną z rozmów kwalifikacyjnych w Niemczech. Mój niemiecki był bardzo słaby, ale że byłam w pobliżu granicy niemieckiej, to postanowiłam spróbować. Ależ się ze mnie naśmiewali, gdy spytali czy przyjechałam autem. Powiedziałam, że pociągiem. „A z dworca jak?” Powiedziałam „mit Fusse” co znaczy mniej więcej „z nogami”(bo jak mit Auto to czemu nie mit Fusse?). Niezbyt pozytywnie odebrałam ich naśmiewanie się. No ale rozumiem poniekąd.

Problemy z językiem wiążą się także z zabawnymi sytuacjami. W Wiedniu przyszłam do pewnej starszej pani, żeby z nią poćwiczyć (taką miałam pracę). Powiedziała, że dziś jest słaba, że wymiotowała. Na co ja przestraszona spytałam: „Co pani złamała?!” Spojrzała na mnie jak na debila i nie wiedziała o co pytam, ale po chwili zrozumiała i zaczęła się śmiać. Słówka „erbrechen” (wymiotować) wówczas nie znałam. W czasie przeszłym czasownik ten się zmienia na „erbrochen”. Z kolei „gebrochen” to czas przeszły od czasownika „złamać”, bądź oznacza „złamany”.
Takich sytuacji niezrozumienia rozmówcy bywa wiele, reakcje nie zawsze są pozytywne, choć tu nie mam co narzekać. Austriacy są pod tym względem o wiele bardziej wyrozumiali niż Niemcy. W Wiedniu w urzędzie pan mi wszystko wyjaśnił tak powoli i prosto, że aż uwierzyłam, że umiem niemiecki. W Vorarlbergu tak samo. W banku pani siedziała ze mną dwie godziny i powolutku wszystko tłumaczyła, mimo że miała już następnego klienta w kolejce.
Zabawna sytuacja miała miejsce także, gdy przywiozłam szafę pod blok i poszłam poprosić sąsiada o pomoc w jej wniesieniu do mieszkania. Zapukałam do drzwi i powiedziałam mniej więcej: „Dzień dobry, nazywam się Katy, jestem tu nowa. Ma Pan chwilkę?”, i kontynuowałam „potrzebuję pomocy. Kupiłam chory i muszę ją wnieść do mieszkania.” Facet oniemiał i spytał „Yyyy, co kupiłaś?”. Zapanowała chwila ciszy po czym na głos zaczęłam myśleć… krank? Niee, to jest chory! Uśmiechnęłam się i powiedziałam „Schrank!” (szafę). Sąsiad zareagował śmiechem.

Problemy z językiem oznaczają często problemy ze znalezieniem znajomych. Nie wystarczy iść na imprezę, zapisać się do jakiejś grupy, żeby zdobyć nowe znajomości. Jestem w stanie zaprzyjaźnić się z Serbami, Turkami, Chorwatami, Węgrami, ale z Austriakami, Niemcami czy Szwajcarami – jeszcze niekoniecznie. Tutejsi często nie są skłonni zapoznawać się z obcokrajowcami. Po pierwsze – przez język, po drugie – oni już mają swoje paczki. Stąd asymilacja wcale nie jest taka prosta, jak się wydaje. Ja się tutejszym w ogóle nie dziwię. Niemniej jednak tego trzeba być świadomym, gdy wyjeżdża się za granicę ze słabą znajomością języka.

Niektórzy tutejsi są zamknięci, inni z kolei gdy słyszą, że kobieta jest z Polski – od razu chcą z nią zawrzeć znajomość. Szczególnie w Hiszpanii 😊 Polki to są niezłe ziółka, powiem Wam. Kiedyś szłam sobie ulicą w Palmie i jakiś koleś się doczepił i spytał po angielsku czy jestem z Polski. Byłam zaskoczona, bo skąd on to niby wiedział. Odrzekł, że mam wschodnią urodę i że zaprasza na kawę. Grzecznie odmówiłam. Ale wiadomo o co chodzi 😉
W Wiedniu też zdarzyły się dwie sytuacje, w których ewidentnie na wiadomość, że jestem z Polski, oczy rozmówcy się zaświeciły. Można to różnie odbierać, lecz dla mnie było to trochę przykre.

Oczywiście są też życzliwi ludzie, dla których nie ma znaczenia to czy jestem z Polski, czy z Bangladeszu, czy z Niemiec czy Austrii. Natomiast generalnie o trwałe, fajne znajomości jest o wiele trudniej, niż w ojczyźnie.

Można spytać: „A Polacy?” Pewnie, początkowo szukałam kontaktu z rodakami.
Dziś tego nie robię. Nie, żebym coś miała do Polaków. Ale często inny świat.

Trudność życia za granicą polega czasem też na tym, że mają mnie za debila, który nie rozumie albo jest z trzeciego świata i nie wie jak funkcjonuje pralka. Kupiłam nietypową, malutką pralkę (niewiele miejsca mam pod blatem na pralkę). Przez pierwszy miesiąc jej używania strasznie się trzepała przy wirowaniu. Nawet nagrałam filmik ze skaczącą pralką i pokazałam panu w sklepie. Pierwsze co przychodzi do głowy – blondynka nie odkręciła śruby zabezpieczającej. No ale mówiłam panu, że wszystko zrobiłam według instrukcji. „Nie, nie zrobiła pani”. „Zrobiłam”. „Nie” „Zrobiłam”. „Nie”. Kazał mi wrócić do mieszkania i odkręcić tą głupią śrubę, nie wysłał do mnie serwisu. Oczywiście miałam rację, ale w tej sytuacji zsumowało się kilka kwestii: blondynka + kobieta + imigrantka ze słabym niemieckim = musiała to źle zrobić. Tak więc czasem wszystko doskonale rozumiem, chcę by mnie wysłuchano, a mimo to biorą mnie za debilkę. No trudno, bywa. W Polsce też się to zdarza, mimo że nie ma bariery językowej. Jaki z tego wniosek? Hm hmmmm…. 😀 Może rzeczywiście blond u mnie przeważa? 😀 hehe

To, co mogłoby się wydawać ogromnym problemem, jakoś szybko się rozwiązało. Mam na myśli wszelkiego rodzaju sprawy urzędowe. Nocami nie spałam, bo nie byłam pewna, czy wszystko dobrze zrozumiałam, czy rachunki dobrze płacę, etc. Takie błahe rzeczy spędzały mi sen z powiek.
Tymczasem prawdziwym utrapieniem jest tęsknota za kawą w towarzystwie osób, z którymi czuję się swobodnie i z którymi potrafię rozmawiać bez trudności. Dobrze jest czuć, że nie mam oporów by spytać ekspedientkę w sklepie, który krem mi poleca na noc i dlaczego taki a nie taki. Fajnie jest wiedzieć, że w weekend mogę iść na piwo do knajpy, gdzie z każdym się dogadam. Bardzo brakuje swobody i bratnich dusz.

„Nikt nikogo nie zsyła przymusem do pracy za granicą” – przeczytałam gdzieś komentarz na internecie pod artykułem o emigrantach….. gdybym miała jakąkolwiek możliwość bycia samodzielną w Polsce – bez wahania bym została…
Przykre, że ktoś w ogóle może tak napisać…
To boli, wiecie?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s