Podróż z Lucyną, czyli spalona na starcie

Dziś opowiem Wam o naszej przygodzie z Lucynką. Zanim zabierzecie się za czytanie – ostrzegam, że jeśli nie lubicie smrodów, to lepiej nie czytajcie. Poza tym wpis ten traktuje jako raczej element mojego pamiętnika, aniżeli coś, czym warto się podzielić. Niemniej jednak, podzielę się z Wami 😀

Od stycznia 2018 miałam pracować w Vorarlbergu. Było niewiele czasu, by znaleźć mieszkanie i w ogóle, by się ogarnąć. W listopadzie zadzwonił mój przyszły szef z informacją, że jest lokum, tylko muszę przyjechać i je zobaczyć. Okej, powiedziałam. Umówiliśmy się na sobotę.

Tak się złożyło, że byłam w Linz. Chciałam jechać pociągiem nad Jezioro Bodeńskie (około 5 godzin w jedną stronę), ale siostra zaproponowała, że zrobimy sobie wspólną całodniową wycieczkę. Wspólną, tzn. siostra z mężem i Lucy, nazwana przeze mnie Lucyną. Lucynka to sympatyczny pies, członek rodziny. Miała być labradorem, jest jakimś mieszańcem, ale jakże kochanym.

Lucyna uwielbia jeździć autem. Jak tylko widzi samochód swoich właścicieli od razu czeka na otwarcie bagażnika. Taki ma odruch. Tego razu także nie mogła nie jechać z nami. Była – jak zwykle – podniecona podróżą.

Nie wiem czy wiecie jak wyglądają autostrady w Austrii czy Niemczech, w każdym razie – dla człowieka (i psa) w potrzebie trochę biednie. Czechy pod tym względem wygrywają, bo mają na autostradach często stacje benzynowe, restauracje, ubikacje. Gorzej z oznakowaniem, przez Czechy bez nawigacji nie polecam jeździć, bo znaki drogowe są trochę mylące. Poza tym w Czechach ciągle trwają remonty, a winietki nie są tanie patrząc na jakość ich dróg.
W Austrii by jeździć autostradą, trzeba mieć winietkę. Na niektórych tego typu drogach są bramki i – mimo posiadania winiety – trzeba jeszcze coś zapłacić (głównie w Alpach). W Austrii jeździ mi się niezbyt dobrze np. przez betony z prawej i lewej strony (nie wszędzie oczywiście). Jakoś tak przeraża wizja, że gdyby coś się stało, gdyby tir mnie nie zauważył na lewym pasie, to jedyną ucieczką jest wjechanie z beton. Poza tym korki przy każdym większym mieście nie zachęcają do podróży autem przez Austrię.
Niemcy – póki co – nie mają żadnych opłat za korzystanie z szybkich dróg, aczkolwiek paliwo przy autostradach jest dużo droższe niż zwykle. Niemieckie autostrady są lubiane przez polskich kierowców z powodu braku ograniczeń prędkości (jeszcze), ale jadąc za dnia – można szału dostać, bo także przy każdym większym mieście tkwi się w korkach. Najgorszym znanym mi niemieckim miastem jest Monachium. Omijajcie z daleka!!!! Poza tym w Niemczech stacje benzynowe są raczej w dużych odległościach od siebie. Czasem można stanąć na parkingu z WC lub i bez WC, natomiast stacji jest stosunkowo mało.

Nasza podróż miała przebiegać przez autostradę w Austrii, po czym mieliśmy przejechać na stronę niemiecką i z Monachium odbić na południe. Czech niestety w planie nie było.
Za Salzburgiem Lucy zaczęła piszczeć. „Sister, coś jej się dzieje”, odparłam, na co Magda odpowiedziała, że może Lucynka chce, by ją pogłaskać. Po chwili znów Lucy dała głos, co nie jest normalne. Stwierdziliśmy, że chyba chce siku i trzeba stanąć. A. (mąż siostry) powiedział, że gdy tylko będzie coś po drodze, to staniemy.
I tak jechaliśmy sobie, śpiewaliśmy piosenki. Nagle usłyszałam, że Lucynka się wierci. „Oj, biedna, pewnie jej niewygodnie”, pomyślałam, choć przy każdej innej podróży się tak nie zachowywała. Odwróciłam się i mnie zatkało. Zobaczyłam… srającą Luckę.
– Magdaaaaa, Lucyna robi kupe!
– Co?! Żartujesz?!
– Nie, zaraz się tu udusimy, do mnie już doszło!
– Pieprzysz!
– No serio, ma biegunkę!
Magda nie zdążyła przetłumaczyć mężowi tego, co powiedziałam. Zapach kupki doszedł do A. Do stacji było ok. 20 km. Cały bagażnik został, mówiąc wprost, zasrany.
Na stacji czyściliśmy wnętrze, A. płukał środek wodą pod ciśnieniem, podczas gdy Lucynkę ciągle goniło w krzaki. W dalszej części trasy chyba nie ominęliśmy żadnej stacji – gdzie była możliwość, tam zatrzymywaliśmy się, by Lucy bez stresu mogła się załatwić. Była grzeczna, bo po pierwszym wystrzale wytrzymywała do następnej stacji.
Co Wam tu będę pisać, no możecie sobie to wyobrazić, ale lepiej tego nie róbcie. Było fatalnie. W tym smrodzie jechaliśmy około 5 godzin.

Dojechaliśmy do celu troszkę spóźnieni. Plan był taki, że szybko oglądam mieszkanie i jedziemy z powrotem. Lucynkę zostawiliśmy na tę chwilę w aucie, podczas gdy sami udaliśmy się spotkać z szefem. Pan. J. powitał nas bardzo przyjaźnie, po czym poszliśmy do windy. Drzwi się zamknęły i zapach z naszych ubrań stał się mocno wyczuwalny. Szef nic nie powiedział, ale niemożliwym było, by nie poczuł. Oczywiście, że poczuł.
Magda i A. mieli czekać niżej, na kawie. Ja z szefem pojechałam wyżej obejrzeć mieszkanie. Czułam się niekomfortowo, taka… eghm… śmierdząca. Było mi wstyd.
Lokum było ładne, duże, aczkolwiek w ostateczności nie zdecydowałam się na nie.
Więc podróż trochę na darmo.
W drodze powrotnej poczułam, że mój tyłek jest mokry. Okazało się, że cała woda pomieszana z.. no wiecie, przesiąkła do siedzeń z tyłu… i naturalnie do mnie…
Jak się domyślacie, audica nie nadawała się już do użytkowania. 3 miesiące później została sprzedana. Chyba nikt, kto był świadom, jak to auto wyglądało na tej nieszczęsnej przygranicznej stacji, nie byłby w stanie nim dalej jeździć.

Czy ktoś był zły na Lucy? No skąd. Zdarza się. I tak była grzeczna, wytrzymywała dzielnie. Mieliśmy po prostu ogromnego pecha.
Nie wiem, czy zapach moich ubrań wpłynął na stosunek właścicieli mieszkania do mnie, w sumie to nieważne. Dobrze, że szef się nie rozmyślił i nie pomyślał „niemyjącej się wieśniary nie zatrudnię!” 😀
Także tego.
Szkoda tylko auta. Gdyby nie ta podróż być może do dziś M. i A. jeździliby sobie tą audicą. Ale dobrze, że udało się ją sprzedać, a sami kupili sobie inną. Więc nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło 😀

A Lucka.. Lucka ma się dobrze, tylko nie może jeść mięsa z kurczaka, bo się okazało, że po nim miewa tego typu rewolucje żołądkowe. Także rada dla Was na przyszłość – dzień przed podróżą warto nakarmić pupila czymś, co je zawsze i co dobrze toleruje. Eksperymentów żywieniowych przed jazdą nie polecam. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s