Rybka w gardle wieloryba, czyli przejażdżka rowerem na Majorce

O Majorce niewiele mam do powiedzenia mimo, że spędziłam tam dwa miesiące. Nie pragnęłam poznawać wyspy od strony turystycznej. Jeśli spytacie mnie o atrakcje Majorki – powiem Formentor, Valdemossa (cudowna!), katedra w Palmie, której nawet nie zobaczyłam od środka (choć przechodziłam koło niej wiele razy). Przed oczami mam wiele pięknych miejsc, ale nie pamiętam nawet jak się nazywały.

Co więc robiłam w wolnych chwilach? Chodziłam po okolicznych wioskach, oglądałam wypasione wille Niemców przy brzegu, zapuszczałam się w mniej atrakcyjne uliczki. Czasem z chłopakami wypożyczaliśmy auto i robiliśmy sobie wycieczki, np. do Soler, Alcudii. Często bywaliśmy w Palmie, ale pierwszego razu w stolicy wyspy nigdy nie zapomnę.

Do Palmy pojechałam autobusem z dwoma chłopakami, z którymi co dopiero zaczęłam pracować, nie znałam ich. Jeden z nich – nazwę go tu Michał – znał wyspę. Zdaliśmy się na niego.
Pogoda była niepewna, jesień na Majorce nie rozpieszcza. Zanosiło się na deszcz, ale – oh – przecież z cukru nie jesteśmy, zła pogoda nam niestraszna, a już na pewno nie sprawi, że będziemy siedzieć na dupie w pokojach. O nie nie!
Tak więc dojechaliśmy do Palmy i wypożyczyliśmy rowery.
– Tu są trasy rowerowe, tylko nie pamiętam gdzie. – w zabawny sposób rzekł Michał. – Chodźcie, do morza na pewno się jedzie w tą stronę, to jedźmy!
– Yyyy, ale tu nie ma trasy rowerowej. – odpowiedziałam niepewnym tonem.
– Ale jest ulica. Na ulicy też można jeździć przecież.
Hmmm. No dobra. Tylko ten ruch… matko boska, jaki tam był ruch!
Ale przemilczałam moje obawy, nie mogłam w końcu pokazać, że jestem jak baba 😀
Im dalej jechaliśmy tym więcej aut przemieszczało się na ulicy. Na dodatek w pewnym momencie wjechaliśmy na dwupasmówkę. Na jednych ze świateł w końcu nie wytrzymałam i stwierdziłam, że ja chyba pójdę sobie chodnikiem z tym rowerem, bo nie czuję się bezpiecznie. „No co ty, nie pękaj” usłyszałam z ust chłopaków, choć mina Maćka też była trochę zaniepokojona.
„No dobra, już chyba niedaleko”, pomyślałam. Pierwszy jechał Michał, drugi Maciek, a na końcu ja. Chłopaki zapieprzały jak dzicy, ja trochę odstawałam. „Ale dżentelmeny!” klęłam w myślach. Dodatkowo stresował dźwięk pipczących samochodów. Ewidentnie wkurzyliśmy niejednego kierowcę. Jak ktoś chce sobie podnieść poziom adrenaliny we krwi – proszę bardzo, wystarczy się przejechać na rowerze w Palmie (i chyba w każdym dużym mieście) w godzinach szczytu. Emocje gwarantowane.
Jechałam sobie tak 10 metrów za Maćkiem i słyszałam, że za mną jedzie coś wielkiego. Nogi pedałowały tak szybko, jak tylko mogły, ale to coś prawie mi w tyłek wjechało, czułam, że zaraz po mnie. Maciek spojrzał za siebie (czasem zaglądał czy się nie zgubiłam) i jego wzrok mówił wszystko. „Dziołcha, uciekaj!”.
Okazało się, że za mną jechał autobus, a kierowca chyba celowo podjechał tak blisko, bym nigdy więcej nie jeździła na ruchliwej ulicy rowerem. I udało mu się – do dziś mam ogromnego stracha.
Gdy tylko była okazja zjechania na chodnik – zrobiłam to bez wahania. Cała się trzęsłam i powiedziałam, że dalej nie jadę. Jak tak wyglądają trasy rowerowe na Majorce, to wolę sobie piechotą zwiedzać wyspę. Nie, dziękuję, wysiadam!
Chłopaki rozładowali atmosferę, doszliśmy do morza, usiedliśmy przy plaży i chichotaliśmy. Maciek stwierdził, że sytuacja wyglądała co najmniej komicznie. Jakby wieloryb chciał mnie łyknąć. Widok ogromnego autobusu i małej machającej nóżkami Maryny pozostanie mu w pamięci do końca życia.
Ruszyliśmy dalej, tym razem już prawdziwą trasą rowerową, wzdłuż plaży. Co jakiś czas stawaliśmy, by zrobić pamiątkowe zdjęcia. Dziś na widok dwóch fotografii zawsze wybucham śmiechem. Sytuacja była taka, że Maciek postawił rower zaraz przy brzegu i pozował do zdjęcia. Po chwili rower wpadł do wody 😀 Serio. Dosłownie tam wpadł. I akurat ja robiłam zdjęcia – jedno gdy rower stoi, a drugie, gdy rower wpada do wody. 🙂 Na szczęście w ostatniej chwili Maciek złapał za kierownicę, trochę się pomęczył, i wyciągnął jednośladowca z przepaści.
Dłuższą pauzę zrobiliśmy przy płocie lotniska i oglądaliśmy lądujące i startujące samoloty z bliska. Nie wiem co w tym fascynującego, ale siedziałabym tam do końca świata i wgapiałabym się w te latające maszyny, gdyby nie deszcz.

Deszcz lunął tak nagle, że po chwili byliśmy przemoczeni do majtek. Chłopcy znów mieli okazję do nabijania się ze mnie jako z miss mokrego podkoszulka. Ostatecznie usiedliśmy w knajpie i przeczekaliśmy gorszą pogodę, po czym pojechaliśmy z powrotem, tym razem normalną ścieżką rowerową. Był kolejny powód do śmiechu, bo żeby na początku wycieczki nie zobaczyć tak wyraźnego oznakowania czy nie wziąć z dworca mapki Palmy, to już trzeba być, delikatnie mówiąc, debilem. Byliśmy wtedy debilami. Ale dziś już chyba nie jesteśmy. 🙂

Generalnie, każdemu rowerzyście zalecam rozwagę. Nie jako mała rybka, która prawie została pochłonięta przez wieloryba, ale jako kierowca. Jakby mi ktoś ukrytą kamerkę zamontował do auta i nagrywał, gdy kieruję, to usłyszelibyście co myślę o rowerzystach na drodze. Tu nie będę się rozwijać, ale apeluję o rozwagę. Nie po to są drogi rowerowe, żeby weekendowe jednoślady poruszały się na jezdniach.

Na Majorce polecam także, prócz jazdy na rowerze w Palmie, wędrówki górskie w głębi wyspy, gdzie można zobaczyć prawdziwych Hiszpanów, a nie Niemców. 🙂 W ogóle hiszpańskie wyspy warto poznawać od tej mniej znanej strony. Naprawdę.
Bo czy można odpocząć na zatłoczonych plażach?

To tyle. Miłej niedzieli. Słyszałam, że w Polsce parno. Pewnie aż się prosi o wsadzenie tyłka na rower, hmm? No to wio! Tylko po lesie mi tam jeździć!

5 uwag do wpisu “Rybka w gardle wieloryba, czyli przejażdżka rowerem na Majorce

  1. Ciekawy blog ale co do rowerzystów mam uwagę. Co wtedy jak nie ma dróg rowerowych (w Palmie akurat były)? W moich okolicach też mnóstwo fajnych dróg wśród pól i lasów ale prawie żadnych dróg rowerowych a co czwarty kierowca to po prostu debil – jakby mógł to by mijal rowerzystę na odległość 1 cm i zdarza się że do tego trąbi (za co się bezdyskusyjnie mandat nalezy bo nie wolno trąbić na rowerzystów) i nie mówiąc już o zdecydowanie przekroczonej dowolnej prędkości…Także w tej sytuacji uważam że to rowerzysta powinien mieć kamerke. (Tym bardziej że jego jego życie jest narażone a nie idioty w puszce na czterech kółkach). Ja jak jeżdżę samochodem to staram się rowerzystę na minimum jeden metr omijać i jakoś zawsze się mi to udaje

    Polubione przez 1 osoba

    1. generalnie to zaleciłabym jazdę rowerem po lesie albo po wsiach i mało uczęszczanych drogach. serio. ja wiem, blabla, rowerzysta ma prawo. ale jak sam napisałeś, bezpieczeństwo rowerzysty jest zagrożone. nie bronię piratów drogowych, ale wiem że są i z tą świadomością nie wsiadam na rower i nie jeżdżę po polskich drogach, bo ryzyko jest zbyt duże. warto się postarać żeby ścieżki rowerowe po prostu powstały, lokalne władze powinny o to zadbać.

      Polubienie

  2. Zdaje się, że kiedyś widziałem w sieci taki filmik z wideo-rejestratora, na którym rower zmyka co sił przed jakimś wielkim pojazdem, ale trudno mi sobie przypomnieć, czy wynikało z tego filmu, czy pojazdem była ciężarówka, czy właśnie autobus… Nie wyglądało to zabawnie.

    Polubienie

      1. no pamiętam… miałaś dużo szczęścia – majorkański kierowca chciał Cię ewidentnie przejechać – dobrze, że z górki jechałaś prosto w stronę morza i mu uciekłaś 🙂

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s