To mam wpływ na przyrodę czy nie mam?

Ostatnio wspomniałam o różnych formach dbania o środowisko z lekką irytacją. Bo że niby ja produkuje śmieci? Bo niby co ma moje auto do środowiska i blabla. Oczywiście treść dyktowały emocje, a nie rozum, bo dostałam mandat. Emocje nie są dobrym doradcą, nigdy. Dziś trochę rozsądniej przeanalizuję wartość mojej (jak i każdego przeciętnego kowalskiego) świadomości na temat natury i odniosę się do kilku danych z Niemiec.

Człowiek od zawsze zanieczyszcza środowisko, np. przez uprawę roli czy hodowlę bydła. Natura sama potrafiła się zregenerować do czasu rewolucji przemysłowej w XIX wieku. Wtedy właściwie zaczęły się schody.
Głównymi zagrożeniami dla nas są zanieczyszczenia powietrza, wód morskich, wód słodkich i pitnych, gleby, zanieczyszczenia chemikaliami i ogólnie mówiąc – syf, czyli śmieci.

Źródłami zanieczyszczeń powietrza są m.in. pozyskiwanie energii w elektrowniach cieplnych, przemysł, zużycie energii w budynkach jak i w transporcie.
Na co mamy wpływ?
W 2017 roku na niemieckich drogach jeździło o 18% więcej samochodów osobowych niż w 1995 roku. Mimo to, ilość spalin specyficznych dla transportu drogowego spadła o 15%, poziom tlenków azotu zmniejszył się o około 50%. Jednak wiele zanieczyszczeń, które są znacznie zredukowane, są poniekąd równoważone przez diesle (ponad 300% więcej diesli jeździło po germańskich szosach w 2017 roku w porównaniu do 1995). Stąd Niemcy kładą nacisk na zaostrzenie przepisów lub najprościej – w miarę możliwości ograniczenie ilości samochodów z silnikami wysokoprężnymi. Techniczne ulepszenia samochodów oraz zmiana środków transportu to główne kierunki zmian.
Mimo większej ilości samochodów udaje się zaniżać ilość spalin także z innych powodów. Od 2002 roku odnotowano zmniejszone zużycie paliwa przez znaczny wzrost cen tego surowca oraz zwiększenie się roli komunikacji miejskiej. Miałam okazję kilka razy korzystać z autobusów i tramwajów w Niemczech. Właściwie jeżdżą dość często, są dobrze rozplanowane. Raz byłam poirytowana tym, że żaden autobus nie jechał do celu, ale nie jestem w stanie powiedzieć jak było naprawdę, bo być może byłam bardziej blond, nie kumałam niemieckiego i nie wiedziałam gdzie szukać. Ale generalnie – nawet na wsi, na której obecnie jestem (maleńka jak te wiochy pod Tuchowem 😀 ) jeździ coś raz na pół godziny.

W niemieckich miastach można zobaczyć gęsto rozmieszczone ścieżki rowerowe, co też jest elementem walki z samochodami. Mam wrażenie, że wiele szarych Wolfgangów korzysta ze środków komunikacji miejskiej lub z rowerów latem. Jako Polka lubująca się w jeździe samochodem, nieprzyzwyczajona do jednośladów na jezdni początkowo mocno wyklinałam ten stan rzeczy. Rowerzyści często jeżdżą jak wariaci, nagminnie nie zatrzymują się na czerwonym świetle, nie zwracają kompletnie uwagi na znaki drogowe, które ich przecież też dotyczą. Bardzo łatwo o wypadek, warto byłoby też ludzi edukować w tematach przepisów drogowych, bo niektórzy z księżyca chyba się urwali. Niemniej jednak – muszę przyznać, że w niemieckich miasteczkach, które widziałam, liczne ścieżki rowerowe są normą. Moim zdaniem – to bardzo dobre rozwiązanie.

Nie zrozumiem logiki Niemców w braku ograniczeń prędkości na autostradach. Zalecają w miastach dostosowywać się do ograniczeń prędkości, za to na autostradach hulaj dusza piekła nie ma. No, bo przecież te spaliny nie zostają nad autostradami, one sobie gdzieś w tej atmosferze dalej będą krążyć, czy może się mylę? To czy aby na pewno są Niemcy eko, czy może cwani? Co z tego, że silniczki mają turbiny i że teoretycznie mniej smrodzą, skoro przy dużych prędkościach i tak spalą mnóstwo paliwa? Jedyne „wytłumaczenie” jest takie, że… paliwo musi się przecież sprzedawać. I lepiej smrodzić poza miastami aniżeli w miastach. Choć dla mnie to żadne wytłumaczenie. Wniosek z tego taki, że świat na kasie stoi i choćbyśmy nie wiem jak się starali, eko nigdy nie będziemy.

Gazy cieplarniane, które miały być planowo do 2020 roku znacznie zredukowane, nadal są dużym problemem przez przemysł, transport towarów, rosnącą sprzedaż oleju napędowego. Czy szary Wolfgang ma na to wpływ? Jeśli się mu zabroni jeździć dieslem, to nie ma najmniejszego. Aczkolwiek papu do sklepu musi zostać dowiezione, przemysł musi działać. Moja rola w dbałości o środowisko ogranicza się do korzystania ze środków transportu miejskiego i jeżdżeniu na rowerze do pracy (daleko nie mam, mogę się karnąć). Choć ciekawa jestem czy zakłady przemysłowe są zmuszane do redukowania wypuszczania zanieczyszczeń, jeśli tak to w jaki sposób to działa. I zadaje sobie pytanie, czy naprawdę tylko diesle mogą dowozić towary do sklepów? Czy naprawdę nie da się tego ukrócić? Na technologii i rodzajach środków transportu się nie znam i tu tkwi moja słabość. No nie znam się, a jak człowiek się nie zna, to łatwo go w bambuko robić. Czyż nie?

Wg szacunków w 2050 roku w oceanach będzie pływać więcej plastiku niż ryb. Już dziś w morzach jest około 500 stref śmierci, tzn. miejsc, w których nie ma organizmów żywych, bo wymarły. Większość zanieczyszczeń mórz powstaje na lądzie, nie w wodach. Owe brudy stanowią ścieki, wycieki ropy (tankowce, platformy wiertnicze), odpady związane z rybołówstwem i hodowlą ryb, oraz wszystko co bezmyślnie zostaje wpuszczane do wody. Jak łatwo wywnioskować, wpływ mamy marny. Niemniej jednak co możemy zrobić, to dbać, by plastik nie dostawał się do wody… bo plastik jest prawdziwym przekleństwem. Z 78 milionów ton corocznego wykorzystanego plastiku aż 32% trafia do środowiska. Tworzywo sztuczne rozkłada się kilkaset lat, najpierw do mikroplastiku, po którym prawdopodobnie przechadzamy się także na plażach. Zwierzęta się tym dziadostwem trują. Ale ale, wiem, że wiele ludzi głęboko w d… ma zwierzęta. No to wyobraźcie sobie że ryby, które trafiają na nasz stół, nawcinały się takiego mikroplasitku. Smacznego. Odsyłam tu, by dowiedzieć się więcej o mikroplastiku (polecam!).
Plastik w morzach bierze się ze statków (turystycznych głównie, drogie „turysty”), ale także z rzek, w większości azjatyckich, gdzie widocznie ludzie nie mają świadomości, że się kuźwa śmieci wyrzuca w przeznaczonych do tego miejscach. Banalna rzecz, ale jakże ważna – segregacja i sprzątanie po sobie. W Europie niby ludzie wiedzą, ale śmiecą na potęgę. Nie zapomnę wąwozu Masca na Teneryfie. Nie zapomnę tego syfu w krzakach, mieszała się we mnie złość i chęć wybuchnięcia płaczem. Ludzie to debile. Plaże w Polsce – podobnie. Kiedyś idąc ulicą Stawową w Katowicach mijałam mężczyznę, który celowo upuścił plastikowe opakowanie na chodnik. Zwróciłam mu uwagę, by je podniósł i wyrzucił do kosza na śmieci. Jego agresywna reakcja mnie zaskoczyła, powiedział ze złością „sama se podnieś, wszyscy tak robią, to ja też będę”. Brak mi słów na takich bezmózgów. Zazwyczaj nie obrażam słownie ludzi, ale w pewnych sytuacjach się nie da. Nie potrafię ich inaczej nazwać. To są debile. Debili jest mnóstwo wśród nas i.. i co zrobisz jak nic nie zrobisz. Warto zadziałać w drugą stronę, tzn. jak bezmózgowi nie przetłumaczy się gdzie należy wrzucać plastik, to może zwyczajnie tego plastiku nie produkować. I to by było w ogóle idealne rozwiązanie. Póki co – raczej nierealne, choć intensywnie pracuje się nad uzyskaniem nowych, mniej szkodliwych tworzyw. Niemniej jednak w niemieckich sklepach można zauważyć, że nie wszystko jest w plastiku. Ponadto firmy, których produkty są opakowane, płacą opłaty przeznaczane na systemy recyklingu.

Zanieczyszczenia gleby są głównie spowodowane wadliwymi metodami uprawy roli, nieodpowiednim „traktowaniem” nuklearnych i niebezpiecznych odpadów. Efekt? Mniejsze plony. I zatrute plony.
Zarówno w Niemczech, jak i w Austrii, wielu ludzi zwraca uwagę na oznaczenia „bio”. Takiego oznaczenia nie otrzyma produkt, który nie spełnia odpowiednich wymogów. Nie pozostaje nam nic innego, jak wierzyć, że owe przepisy rzeczywiście zostały stworzone z myślą o przyrodzie, nie o pieniądzu.

A latanie samolotami i pływanie turystycznymi statkami? Czy to coś zmieni, jeśli nie wsiądę na pokład? Jasne, że nie. Moje sumienie może być czyste, bo nie dokładam się do interesu, który mi się nie podoba, aczkolwiek samoloty były, są i będą latać. To samo tyczy statków. Pieprzonej turystyki. I wszystkiego.

Ogólnie rzecz ujmując to mam wrażenie, że my nie wyjdziemy z tego kryzysu, który sobie zgotowaliśmy. Że to się skończy jak w jakimś filmie katastroficznym. Że braknie wody, jedzenia będzie mniej. Potrafię sobie wyobrazić odbudowę natury tylko i wyłącznie wtedy, gdy człowiek przestanie istnieć. Albo się cofnie do czasów prehistorycznych. Bo wszyscy mówią o ekologii, ale pewnych rzeczy nie jesteśmy w stanie przeskoczyć. Już nie chodzi o kowalskich, tylko o pieniądz. O zarabianie na paliwie. Jak nie na paliwie to na autach elektrycznych. Zarabianie na turystyce.

To smutne.

2 uwagi do wpisu “To mam wpływ na przyrodę czy nie mam?

  1. To wszystko jest tylko złudne! Nie wierzę, totalnie nie wierzę, że uda się zatrzymać degradację środowiska. Oczywiście, te starania żeby zmniejszyć produkcję plastiku, emisjię gazów cieplarnianych czy innego gówna, są warte pochwały. Nie zatrzymają jednak procesu, który trwa, trwa i trwa. To się nikomu nie opłaca. Nie w tych czasach, Planeta potrzebowała by setki lat na regenerację! Bardzo smutna przyszłość nas czeka ( o ile dożyjemy).

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s