Dziecko ciul

Oderwę się dziś od tematu emigracji i opowiem Wam historię o dziecku, które kumało z opóźnieniem, tzn. wolniej się rozwijało, a dziś jakoś sobie radzi. Znacie takie historie?

Dziecko ciul od małego miało przerąbane. A właściwie jego rodzice. Od początku życia maluch był nadwrażliwy na brak bliskich w zasięgu wzroku. Darło się 3/4 czasu gdy nie spało. Płakało z byle powodu. Rozwijało się powoli, słabo mówiło, dodatkowo se pleniło. Ktoś polecił rodzicom wziąć dziewczynkę do psychologa. Po specjalistycznym badaniu psychoterapeuta polecił, by dziecko poszło rok później do szkoły. „Rozwija się wolniej niż inne dzieci, potrzebuje więcej czasu.”

Rodzice dziewczynki nie zaakceptowali tego, co powiedział specjalista. Przecież widzieli, że ich dziecko jest normalne, może tego światu nie pokazywało, ale nie potrzebowało jeszcze aż roku, żeby pójść do przedszkola. Chcieli, by dziewczynka poznała pierwszych kolegów, koleżanki. Postanowili, że poślą ją do szkoły razem z rówieśnikami. Będzie musiała sobie poradzić.

Tak więc poszedł ciul do szkoły. Nic nie kapował. Klasa 1-3 to był istny dramat. Pisanie szło źle, bo dziecko leworęczne to i pisało z prawej do lewej (jak w odbiciu lustra). Ponadto nie potrafiło czytać, gdy jego rówieśnicy dawno opanowali literki i nawet ładnie całe słowa z książek wymawiali. Nigdy nie wiedziało co to za znaczek „g”. Gdy go widziało – zatykało się. Nie odróżniało „sz” od „s” i „ś”. W kartce urodzinowej dla siostry napisało dziecię: „wrzystkiego najlepśego”. Nie wspomnę o „u” i „ó” bądź „rz” lub „ż”. Psycholożka stwierdziła, że mała jest dysortografikiem, dys coś tam dys coś tam, generalnie wszystko na dys. Mama małej się na to złościła. „Nie ma czegoś takiego” – mówiła. Matematyka szła też kiepsko. Nawet na wf-ie piłki mała złapać nie potrafiła. Gdy nauczyciel kazał dzieciom – kapitanom wybierać osoby do swojej drużyny – ona zostawała na sam koniec. Nikt nie chciał jej w drużynie, bo do niczego się nie nadawała. Często płakała, bo wiedziała, że jest osłem. Była nieśmiała, zakompleksiona.

Rodzice dziewczynki oczywiście nie byli bierni. Jako że mała niewyraźnie mówiła, przez około 2 lata raz w tygodniu zawozili ją do logopedy. Ponadto każdego dnia po szkole siedziało dziecko z mamą i na głos czytało i pisało. Tata był od matematyki – najtrudniejszego przedmiotu w szkole. Jeszcze w gimnazjum i liceum mała potrzebowała pomocy ojca w rachunkach, bo był jedyną osobą na świecie, która potrafiła po ludzku wytłumaczyć matematyczne łamigłówki.
Poza tym ktoś powiedział, że mała ma problemy z mówieniem, bo ma za wąską szczękę. Rodzice bez wahania poszli do ortodonty i tak utknęli w ortodoncji na około 10 lat (jedna baba nic nie pomogła, druga też, trzecie wzięła sprawy w swoje ręce – leczenie ortodontyczne zakończone zostało, gdy mała miała 21 lat). Oczywiście okazało się, że maluch mógł wyraźnie mówić bez interwencji specjalisty od szczęki gdy trafił do bardzo dobrej logopedki. Ale tak czy siak, szczęka była wąska, zęby krzywe, więc trzeba było to wyprostować. Ilość hajsu, który przeznaczony został na wyprostowanie wszystkiego w jamie ustnej, była fortuną. Pieniędzy w tym domu nie było wiele, ale nigdy nie oszczędzało się na rozwoju dzieci. Żeby było więcej wydatków, dziewczynkę także w późniejszym wieku wysyłano na lekcje angielskiego i niemieckiego. No bo języki ważna rzecz, choć mała tego niestety wtedy nie kapowała.

Pewnego dnia zaskoczyło. Ot tak, po prostu. Nagle mała zaczęła być dobra w sporcie. Nagle każdy kapitan się o nią bił. Przełomowy moment miał miejsce, gdy w czwartej klasie dziewczynka dostała szóstkę z klasówki z matmy. Jako jedyna w klasie rozwiązała super-trudne zadanie. Szkoła była zdumiona, na przerwie poprzednia wychowawczyni podeszła do niej i gratulowała. Pani od matematyki także nie dowierzała. Od tamtej pory dziecko zaczęło się się mocno rozwijać, dogoniło rówieśników tak, że w szóstej klasie miało świadectwo z paskiem. W gimnazjum także dziewczyna świetnie sobie radziła, była jedną z lepszych z języka polskiego (a niby dyscośtam), z matmą zawsze miała wzloty i upadki, ale generalnie miała wiele piątek nawet z tego przedmiotu. Dostała się do dobrego liceum, potem stwierdziła, że chce iść na AWF (a taka lewa była jako bobas), ale nie umiała pływać z zamoczoną głową. Rodzice zamiast odradzać córce poroniony pomysł, zapisali ją na prywatne lekcje pływania do najlepszego trenera jaki był w okolicy. W pół roku nauczyła się szybko pływać tak, że na testach wstępnych otrzymała maksymalną ilość punktów. Przez jakiś czas nawet nasz ciul pisał artykuły do portalu siatkarskiego. A niby dys coś tam..

I tak dziecko ciul dostało się na studia, potem drugie, i potem jakoś poleciało. Jak się domyślacie, tym ciulem byłam ja 😉 I nadal bym nim była, gdyby nie zaparcie moich rodziców. Gdyby we mnie nie wierzyli. Gdyby powiedzieli „a niech se ma krzywe zęby”. Gdyby im nie przeszkadzało moje se plenienie. Gdyby nie dbali o mój rozwój, gdyby nie otaczali troską i dążeniem do tego, bym była szczęśliwa. Gdyby nie wysyłali na kolonie, co mnie oswajało z nowym otoczeniem i co poskutkowało lepszym przystosowaniem się do warunków w dorosłości, gdy kilkukrotnie diametralnie zmieniałam otoczenie. Byłabym największą gówniarą świata gdybym stwierdziła, że sama osiągnęłam wszystko, z czego byłam dumna. Nie. Wszystko zawdzięczam rodzicom. Jasne, sama też musiałam się wziąć za działanie gdy było to konieczne. Ale bez zaparcia, pracowitości, cierpliwości, które wyniosłam z domu, nigdzie bym nie ruszyła.

Tak więc… cierpliwość, wiara w drugiego człowieka, zapewnienie mu psychicznego bezpieczeństwa mogą zdziałać cuda.. wiecie? 🙂
Miłego weekendu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s