Homeschooling, czyli edukacja na własną rękę w domu. Kto za, kto przeciw

Kto z nas nie przeklinał na szkoły, na systemy oceniania dzieci, na sztywne programy nauczania w poszczególnych klasach? Kto z nas nie ma żalu, że ze szkoły wynieśliśmy mnóstwo bezsensownych, nikomu niepotrzebnych regułek i definicji? Takie zarzuty względem systemu edukacji miewają nie tylko Polacy. Stąd wzięło się nauczanie w domu.

W wielu krajach nie ma obowiązku szkolnego, istnieje za to obowiązek edukacji. Niektórzy decydują się na nauczanie domowe swoich pociech. W Polsce takie rozwiązanie także jest możliwe – tu przeczytacie wywiad z mamą, która zdecydowała się na domową edukację.
Homeschooling powstał w USA i zyskał popularność także w Europie. Określenie to mówi zastąpieniu edukacji szkolnej (państwowej bądź prywatnej) edukacją w domu. Co ważne, homeschooling nie jest korzystaniem z prywatnych nauczycieli w domu np. ze względu na daleką drogę do szkoły. Tu rolę nauczycieli przejmują opiekunowie dziecka, którzy nie muszą mieć wykształcenia pedagogicznego ani w tematach, które przekazują potomstwu. Powodami, dla których rodzice decydują się na ten rodzaj nauczania, mogą być krytyczne nastawienie względem tradycyjnej edukacji, motywacje religijne bądź chęć zaspokojenia indywidualnych zapotrzebowań dzieci. Czasem decydują też powody ekonomiczne (bieda) czy polityczne, ale to troszkę inny temat i jest on inaczej rozpatrywany.

Homeschooling jest najpopularniejszy w USA. Już w XIX wieku praktykowano metody nauczania dzieci w domu, w otoczeniu rodziny. Głównym podłożem dla takiego działania była religia. Początkiem XX wieku homeschooling zaniknął, ponieważ ustanowiono, że dzieci powinny chodzić do państwowych szkół finansowanych z pieniędzy podatników. W latach 70-tych nurt edukacji w domu znów odżył, znów z pobudek religijnych. W latach 80-tych we wszystkich stanach zalegalizowano homeschooling. Dziś każdy stan ma swoje regulacje, od pełnej swobody rodziców do mocno ograniczonych możliwości całkowitego wpływu na dzieci przez opiekunów.

Nauczanie w domu jest legalne także w Australii, Kanadzie, Nowej Zelandii, jednak trzeba zaznaczyć, że osób korzystających z tego systemu jest niewiele (około 1%). W Europie homeschooling najbardziej rozwinął się w Wielkiej Brytanii. We Francji także jest to legalna forma nauki, choć tu stosunkowo często trzeba się meldować bądź liczyć się z odwiedzinami kogoś z urzędu. Na domową szkołę pozwalają także m.in. Dania, Polska, Austria, niektóre kantony w Szwajcarii, Portugalia, Belgia, Czechy, Słowenia, Estonia, Islandia, Norwegia, Finlandia, Włochy. Jednak warto wspomnieć, że homeschooling mimo że jest legalny, to nie jest w Europie rozpowszechniony (o liczbach i najważniejszych zasadach w poszczególnych krajach możecie przeczytać tu).

A kto nie pozwala na homeschooling? Jak myślicie?
Jest to Szwecja i Niemcy. Kto w Szwecji nie chce posłać dziecka do szkoły tego czekają surowe kary, więc lepiej albo dostosować się do przepisów albo się przeprowadzić do Finlandii. W Niemczech, jako uzasadnienie dla zakazu nauczania w domu, mówi się, że tylko odpowiednio wykształcone osoby są w stanie zagwarantować istnienie państwa na akceptowalnym poziomie. Zaznacza się przy tym, że obowiązek szkolny może być realizowany tylko w państwowych bądź w kontrolowanych przez państwo placówkach.

Można zrozumieć rodziców chcących samodzielnie przekazywać szkolną wiedzę potomstwu. Gdyby tata mi nie wytłumaczył prostych zasad, które w szkole przybierały postać karkołomnych definicji wkuwanych na pamięć, dziś niewiele pamiętałabym z fizyki, a gdyby ktoś spytał o prawo Archimedesa – zamilkłabym, bo przecież nie da się przez całe życie pamiętać definicji. Sens – owszem. I tego sensu brakowało mi w szkole. Można rozumieć rodziców, którzy w każde praktyczne zajęcie angażują dziecko. Można rozumieć opiekunów, którzy chcą nie tyle tłuc dzieciom suchą wiedzę do głów, co dać im powód, by same sięgały po książki, by same były ciekawe świata. Szkoła nieraz zabija ciekawość. Argumentów za jest mnóstwo. Argumentów przeciw – może i mniej, ale za to w moich oczach są to poważne fakty: w szkole dziecko poznaje rówieśników, codziennie z nimi przebywa, nie wszystkich lubi, ale ze wszystkimi musi się dogadać, nieraz szukać kompromisów w pracach grupowych. Szkoła wiąże się ze stresem, więc jeśli dziecko przezwycięży niewygodne sytuacje tu, to prawdopodobnie będzie odporniejsze na stres w przyszłości, w pracy. Ale to wszystko jest kwestią indywidualną, można równie dobrze dzieci wysyłać na różne obozy, gdzie także pociechy mogą rozwijać społeczne umiejętności.

Z punktu widzenia państwa – temat wcale nie jest taki prosty. Nie bez powodu Szwecja i Niemcy wystrzegają się pozwolenia na pełną kontrolę nad przekazywanymi treściami przez rodziców.

Korwin-Mikke mówi, że odebrano rodzinie możliwość wychowywania swoich dzieci. Że zniknęło pojęcie głowy rodziny, że kobiety wyrywa się z domów i dziećmi się nikt nie zajmuje, a szkoła się zajmuje tak jak się zajmuje (całość przemówienia tu, na te słowa wybucham śmiechem).
Słowa Korwina wyrwałam trochę z kontekstu, bo w całości przemówienie dotyczy reformy edukacji, a konkretniej prywatyzacji szkół i bonów edukacyjnych, nie zaś wychowywania dzieci. Na temat prywatyzacji szkół się nie wypowiem, bo się nie zastanawiałam dogłębnie nad proponowanym rozwiązaniem, aczkolwiek raczej niechętnie słucham prostych porad ze strony polityków, bo nic nie jest takie łatwe jak nam się wydaje (choć swoją drogą nie potrafię wyobrazić sobie w praktyce ogromnych zmian pod wpływem prywatyzacji szkół o których mówi Korwin, czy złe szkoły upadną czy może raczej będą przejmować mniej zdolnych uczniów i wszystko zostanie po staremu?). Choćby przykład z medycyny – masz obrzęki nóg, dużo wody w organizmie – nic prostszego, weź tabletki odwadniające! – mówi wiele ludzi, w tym wielu lekarzy. Nic bardziej mylnego – trzeba najpierw znaleźć przyczynę, w przeciwnym wypadku możemy sobie niezły chaos w organizmie zrobić. Stąd powtarzam sobie jak mantrę – nic nie jest tak łatwe jak się wydaje, wszystko wymaga dogłębnych przemyśleń.

Państwo musi w jakimś stopniu mieć kontrolę nad edukacją nowych pokoleń. Ludzie są różni, dobrze gdy dziecko jest widziane przez kogoś z zewnątrz, np. nauczyciel ma możliwość zauważyć, gdy w domu dziecka źle się dzieje.
Ale źle się też dzieje, gdy ta państwowa edukacja jest jak chorągiewka na wietrze, zmienia się wraz z opcją polityczną (historia klasycznym przykładem). Źle, że mamy religię w szkołach dyktującą zasady życia, z którymi nie każdy się przecież zgadza. Źle, że nie uczy się dzieci tolerancji tylko gotowych schematów, które należy przyjąć. Źle, że mamy nawał, dosłownie nawał niepotrzebnych nikomu informacji, które dzieciaki muszą wklepać na pamięć. Z drugiej strony – gdyby te wszystkie niewygodne kwestie wyeliminować – czyż nie byłoby lepiej? Czy homeschooling byłby wybierany przez rodziców?
Szkoła powinna nie tylko wzbogacać dziecko o wiedzę, ale także o umiejętność współżycia w społeczności, o tolerancję, szacunek do drugiego człowieka, o odpowiedzialność obywatelską. Człowiek powinien znać zasady życia w państwie, w którym się znajduje, szczególnie w erze multi-kulti. Czy więc zupełne odcięcie szkolnictwa od państwa i wychowywanie dzieci w zgodzie z sobą nie byłoby ciut niebezpieczne?

Kwestia do przemyślenia. Jedno co wiem, to fakt, że każda skrajność niesie za sobą duże ryzyko.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s