Wiedeń – moje never ever

Wiedeń: „Must see” dla weekendowych podróżników z południa Polski. Neogotycki ratusz, Stephansplatz z zapierającą dech katedrą św. Szczepana, Pałac Schonbrunn czy Augarten i wiele innych atrakcji – dwa dni mogą nie starczyć, by wszystko zobaczyć. Dłużej niż 5 dni z kolei to za długo. Wiedeń to jedno z miast, które można znienawidzić.

Jadę do domu. Mam dwie walizki i plecak. Jestem szczęśliwa, ale równocześnie zmęczona. Chcę być w Polsce.
Po 8 godzinach podróży do Wiednia wysiadam z pociągu. Mam zbyt ciężki bagaż, żeby po schodach się tarabanić. Podchodzę pod windę – podobnie jak młode dziewczyny bez bagaży, dwóch mężczyzn w wieku około 30 lat, jeden facet z ogromną torbą i jedna starsza babunia. Przypominam sobie, że jestem w najbardziej znienawidzonym przeze mnie mieście, gdzie człowiek człowieka podepta i przejdzie niewzruszony. Zmierzam w kierunku przystanku metra. Mój spokój ducha zakłóca tłum ludzi pędzących w różną stronę.
Szybko przystaje przy budce z żarciem i kupuję starą kanapkę. To jedyny sklepik, w którym nie ma kolejki.
Śpieszę się – coprawda mam 40 minut na przesiadkę (bądź trochę mniej przez opóźnienie pociągu), jednak wolę być wcześniej na dworcu Erdberg. Ludzie chodzą niechlujnie, ciągle się o kogoś potykam, ocieram. Nienawidzę tego.
Docieram na metro i szukam automatu, w którym mogę kupić bilet. To akurat nie jest trudne, bo kolejka do maszynki ciągnie się na jakieś 10 metrów. Kurrr… chyba nie zdążę. Jechać na gapę czy czekać? 2x w życiu jechałam na gapę, z czego raz słono zapłaciłam.. znając moje szczęście lepiej poczekam, mam trochę zapasu czasowego.
Kupuje bilet, biegnę do odpowiedniego metra, słyszę, że nadjeżdża. Jacyś faceci idą przede mną, z rozpaczą w głosie mówię „przepraszam”, oni spoglądają na mnie i na moje walizki, na siebie, jeszcze raz na mnie i na walizki, i idą dalej. Nawet się nie posuną, hhhh…. metro odjeżdza. Kurrr…
Następne jedzie za 4 minuty. Niby nie dużo, ale dla mnie każda minuta się liczy.
Pojazd ledwo co odjechał, a na stacji już robi się tłum. To niepojęte, ile ludzi się tu przewija w ciągu doby.
Wciskam się siłą do następnego metra (nie lubię, ale nie mam wyjścia). Dojeżdżam na odpowiednią stację. Na Erdbergu jestem pierwszy raz, spoglądam na google maps, by wiedzieć, w którą stronę się udać, mam tylko 7 minut. Szajze, słaby zasięg. Wybiegam z budynku, zaczepiam taksówkarza, pytam skąd odjeżdżają autobusy. Ten pokazuje drugą stronę ulicy. Biegnę ile sił w nogach i rękach (bagaż), docieram na miejsce. Ufff, jest i on. Jest mój Flixbus. Stoi. Za 2 minuty odjazd.

Tak jest zawsze. Ilektoć jestem w Wiedniu, czas się kurczy. Według planu jest zapas czasowy, w realu – ciągle coś staje na przeszkodzie: a to ludzie, a to kolejka, a to oczekiwanie na windę. Tu człowiek zawsze jest nerwowy.

Ludzie są jak nakręcone lalki. Idą do celu nie spoglądając na innych. Bądź mając pieprzone słuchawki na uszach, gapiąc się w pieprzone ajfony. Jakieś dzieciaki śmieją się na cały głos, kilku żebraków prosi o pomoc, ale nie kanapkową, a finansową. Jakaś cyganka znów siedzi z niemowlakiem przy ścianie z wyciągniętymi dłońmi. Mając dużą walizkę i próbując ją podnieść na półkę w pociągu, nie licz na pomoc młodych mężczyzn. Oni tylko się gapią jak sobie radzisz. Prędzej żwawa babeczka pomoże.

Ulice są przepełnione mieszanką ludzi z Turcji, Serbi, Czech, Słowacji, Polski, Afganistanu, Afryki. Każdy mówi po swojemu. Każdy kaleczy niemiecki. Wiedeńczyków poznałam jedynie w domach starców. Czy to źle? Przecież multi-kulti, przecież tak bronię otwartości zachodu na obcokrajowców. No bo bronię. Ale to bez różnicy skąd ludzie pochodzą. Jest ich po prostu za dużo. Potrzebuję spokoju.
Tu nie da się spokojnie żyć. 3 miesiące tutaj spędzone podsumuję jednym słowem: pośpiech. Nie wiem dokąd, nie wiem skąd, ale wieczny pośpiech.

Polacy w Wiedniu? Oczywiście, że są w ogromnych ilościach. Dużo piją. Handlują Wochenkami (nic do tego nie mam, sama raz sprzedałam). Są raczej wyizolowaną społecznością (nie wszyscy). Jak Turcy czy Syryjczycy. To chyba jest zawsze problem imigrantów – gdy są w obcym miejscu dużą grupą, to się nie aklimatyzują.
Mimo, że w Wiedniu mieszka dużo ludzi, nawet „swoich” – człowiek czuje się po prostu samotnie. Taki urok miast.

Szczerze, nie obchodzi mnie żaden Schonbrunn ani ratusz. „Wiedeń, centrum kultury”, powiadają. Mam to w nosie. Nie potrafię patrzeć na to miasto jak na atrakcję turystyczną, mimo, że historię ma bardzo ciekawą. Nawet nie potrafię spoglądać na Wiedeń jak na miejsce, w którym dobrze się żyje (bo przecież tak mówią różne rankingi). Podjedź na dzielnicę szesnastą czy siedemnstą, pokażę Ci odrapane stare kamienice wyglądające jak te w Bytomiu. Tylko się nie wystrasz. Turystyka i rankingi mają się nijak do rzeczywistości… to się tyczy każdego pozornie atrakcyjnego miejsca.

Ze wsi jestem, nie lubię miast. Nie tak wielkich, jak Wiedeń. Duszę się tu.
Już nawet tort Sachera nie jest w stanie osłodzić tego paskudnego miejsca.
Nigdy więcej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s