Śląski jest piękny, wiecie?

Nigdy nie przykładałam dużej wagi do języka śląskiego. Owszem, podobała mi się mowa mojego dziadka i babci, ale poza okresem dzieciństwa nie miałam wiele do czynienia z naszym regionalnym językiem. O tym, jakim skarbem jest śląski, przekonuję się dopiero teraz, gdy mieszkam w Austrii.

Szkoda, że w szkole nauczycielki nie były przychylne do „godania”. „To lekcja języka polskiego, proszę nie używać gwary” – tak często powtarzała pewna pani do kolegi, który mógł poszczycić się znajomością śląskiego. Szkoda, bo przecież język polski tak czy siak wszyscy wsiąkają czy to przez telewizję, czy przez radio czy przez czytanie książek. Język śląski jest unikatowy, powinniśmy o niego dbać.
Na szczęście istnieją osoby, które walczą o śląską kulturę. Na przykład Łukasz Tudziesz na stronie https://tuudi.net/ (zapiszcie sobie!). Eurodeputowany Łukasz Kohut także z zaangażowaniem i pasją zaraża lokalnych samorządowców godką śląską. Wielkie brawa dla każdego, kto pielęgnuje nasze regionalne tradycje.

A dlaczego dopiero teraz to widzę?
Bo w Austrii dba się o lokalne dobra. Mieszkam w Vorarlbergu, regionie dość wyizolowanym od reszty Austrii. Często słyszy się, że mieszkańcom Vorarlbergu bliżej do Szwajcarii aniżeli do reszty Austrii. Bez wątpienia stanowią wyjątkową społeczność. Niektórzy ich nie lubią, bo są podobno oschli (nie zauważyłam). Kiedyś ludzie z Karyntii czy Styrii przyjeżdżali do Vorarlbergu za pracą (zupełnie jak z Małopolski i Podkarpacia na Śląsk) i tu zostali. Co mówią? W większości, że tutejsi byli zamknięci. Ja dziś tego nie odczuwam, być może dlatego, że miejsce to wypełniło się nie tylko ludźmi z innych regionów Austrii, ale także z innych krajów. Już nie zobaczę Vorarbergu takiego, jakim był 30 lat temu, lecz mimo napływu imigrantów ich język jest wciąż żywy. Dialektem posługują nie tylko starsi ludzie, ale również młodzież. Mało tego, nawet dzieci obcokrajowców mówią z vorarlberskim zaciąganiem.
Początkowo mnie to denerwowało, niektórzy mają w nosie to, że nie rozumiem ich gwary. Ale wystarczy poprosić o „hochdojcz” i okazuje się, że prawie każdy potrafi mówić normalnym niemieckim. To, że w codzienności między sobą posługują się dialektem, nie oznacza, że nie dogadają się po niemiecku. Tak samo powinniśmy podchodzić do śląskiego.
Obecnie rozumiem może 20% z vorarlberskiej godki (marnie), ale już się nie wkurzam. Traktuję to jak dodatkową stymulację mózgu (jakby nauka zwykłego niemieckiego nie była już wystarczającym wyzwaniem :P). Dziś sobie myślę, że fajnie się patrzy na młodych ludzi „godojących” w swój unikalny sposób. Fajnie, że od razu poznać, skąd pochodzą. I fajnie, że się nie wstydzą swojego pochodzenia. Ja patrzę na nich z boku i stwierdzam, że są… hmm… inni. Wyjątkowi. Podoba mi się to.

Fajnie by było, gdybyśmy lokalne odmienności zwyczajnie pielęgnowali. Regionalne stroje, gwara, kuchnia… to wszystko nie powinno być źródłem wstydu.. wręcz przeciwnie. Niezależnie od tego czy człowiek jest ze wsi, czy z miasta, czy z Kaszub, czy ze Śląska – warto respektować specyfikę miejsca, w którym się wyrastało i warto wspierać akcje mające na celu pielęgnację lokalnych tradycji. Mam szczerą nadzieję, że język śląski odżyje. Że regionalne tańce, przyśpiewki i stroje wrócą do łask. Że będziemy dumni ze swoich małych ojczyzn.

Oby!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s