Praca na wyjazdach – warto czy nie warto?

Miałam okazję współpracować z firmą, która mnie wysyłała na kilka miesięcy za granicę, gdzie robiłam co do mnie należało, po czym wracałam i miałam np. 2 miesiące wolnego. Takie wyjazdy mają, mogłoby się wydawać, więcej wad niż zalet. I każdy tak na początku mówi. Jednak trzeba przyznać, że… taka praca wciąga… cholernie wciąga.

Są różne formy pracy okresowej za granicą. W niektórych branżach wyjeżdża się ze stałą ekipą, w innych ludzie ciągle się zmieniają. Czasem trzeba samemu szukać lokum, ale nierzadko to firma załatwia pokoje pracownicze.
Ja pracowałam w branży turystycznej. Każdy wyjazd był związany z pracą w innym hotelu, czasem w kilku hotelach naraz. Za każdym razem poznawałam nowych ludzi z całej Europy. Nie mam na myśli klientów, tylko ludzi tworzących hotel, np. recepcjonistów, kelnerów, animatorów, sprzątaczki. Stąd opowiem Wam jak wygląda praca sezonowa za granicą jako osoba, która za każdym razem trafiała w inne otoczenie.

Niewiadoma. Wyjazd oznaczał w moim przypadku zawsze niewiadomą. Nowych współpracowników, nowe warunki pracy, nowego kierownika. Pierwsza rozłąka z Polską wiązała się z ogromnym stresem, bo nie miałam pojęcia jak wszystko będzie wyglądać. Opinie, które czytałam na internecie o mojej firmie, nie pomagałały. Nie pojechałam, bo ktoś znajomy już był, polecał, etc. Nie. Nic, kompletnie nic nie wiedziałam, nikogo nie znałam. To był, muszę powiedzieć, hardcore, biorąc pod uwagę ekipę, która mi się trafiła. Mieszanka wybuchowa, ale każdego z osobna dobrze wspominam i pozdrawiam jeśli mnie czyta. 🙂

Związki. Napewno nie polecam wyjazdów osobom, które są w związku i których druga połówka zostaje w domu. To się w 90% nie sprawdza, choć nie mówię, że utrzymanie relacji z ukochaną osobą jest niemożliwe. Niektóre małżeństwa są ze sobą od wielu lat właśnie dzięki okresowym rozłąkom, poczuciu tęsknoty i w końcu cieszeniu się sobą gdy jest na to czas. Każdy związek jest inny, ale co jest pewne – to trudne.
Zdarza się i tak, że jedzie się z drugą połówką, a wraca się z kimś innym. To nie powinno nikogo dziwić – żyjąc z kimś 24 godziny na dobę, nawet w pracy, w której sytuacje bywają stresujące, trudno jest zachować opanowanie.
Niektórzy wyjechali i nie wrócili, bo poznali lokalesów. Taki wyjazd może zmienić życie (zazwyczaj na lepsze).

Ekipa. Dużo zależy od tego, z kim pracujemy. Zazwyczaj Polacy jadą po to, by zarobić. I pracują dużo, czasem aż za dużo. Niektórzy są skoncentrowani na nadgodzinach, inni woleli by mieć czas na oddech. Ktoś chce wcześniej kończyć kosztem pauzy, inny potrzebuje przerwy w środku dnia. To, wbrew pozorom, rodzi konflikty. Głupia rzecz, ale czasem, gdy ktoś jest chory – dobrze mieć plan B. Niektórzy nie chcą słyszeć o planie B, bo to by oznaczało mniejszą kasę.
Od ekipy zależy to, jak sprawnie będzie szła praca. To chyba logiczne i wszędzie tak jest. Niemniej jednak tu wszystko się piętrzy, bo pracy jest o wiele więcej niż w „normalnym” miejscu zatrudnienia. Każdy błąd powoduje albo opóźnienia, albo niepotrzebne konflikty. Tu wychodzi 10x szybciej niechlujstwo, lenistwo, chamstwo względem współpracowników, klientów, ale też szybko daje się we znaki zmęczenie. Ludzie mają czasem lepsze, czasem gorsze dni, i wszyscy w pracy muszą to akceptować, tolerować. Albo i nie. Uwierzcie, kłótni jest wiele.

po pracy

Komfort, a raczej jego brak. Tu nie ma tego miejsca, gdzie człowiek czuje się dobrze, jak w domu. Tu nie ma domu. Po pracy się je, kąpie, idzie spać. Ewentualnie można chlać. Tak dzień w dzień. Nie ma miejsca na przytulenie, na rozmowę z kimś bliskim, na nasze ukochane łóżko. Na wyjeździe człowiek nie czuje się dobrze. Człowiek egzystuje, ale nie żyje. Teoretycznie.
Ja czasem mówię, że te 2 lata, które spędziłam na pracy wyjazdowej, to czas wyjęty z życia. Ale tak naprawdę to trochę kłamstwo.
Owszem, harowałam jak wół. Nie wiedziałam czasem jaki jest dzień tygodnia, bo pracowaliśmy także w weekendy. Dzień w dzień, od rana do wieczora. Mimo to, mam chwile, gdy tęsknię…

Relacje. Mieliśmy siebie 24 godziny na dobę. Po dwóch miesiącach wspólnego bytowania wiedziałam o osobach z zespołu więcej, niż o wieloletnich koleżankach. To, jakich ludzi poznałam, ich historie, pasje, mocne i słabe strony… to jest bezcenne. Poznałam dość mocno zakątki różnych głów, myślę, że gdybym rozszerzyła to czego doświadczyłam studiami psychologicznymi – niezły psycholog byłby ze mnie. Sama miewalam gorsze dni, mogłam przekonać się kto jakim jest człowiekiem, kto pomaga a kto ma w tym interes, by pomagać. I tak samo widziałam, że kogoś się krytykuje nie po to, by go zmotywować do pracy (poza tym krytyka nie motywuje) czy polepszyć jego skuteczność, tylko po to żeby kogoś zgnoić, złamać. Ludzie są różni. Czasem prywatne nieporozumienia przenoszą się na miejsce pracy i mamy przepis na sajgon. O ile w przypadku normalnej pracy próbuje szukać się rozwiązań, o tyle tu – samowolka. Bo przecież pewnego dnia wrócimy do domu i nie będziemy już na siebie zdani. To trochę jak jazda bez trzymanki.
Awantury, bójki, intrygi, krzyki – być może dla Was to tylko słowa o pejoratywnym zabarwieniu, ja natomiast mam przed oczyma masę sytuacji, które były na porządku dziennym.

Perspektywa powrotu. Przychodzi czas, że każdy każdego ma dość. Że nie chce się już z nikim gadać, że chce się wrócić do domu i więcej o współpracownikach nie słyszeć. Mieliście tak?
Pewnie każdy tak czasem ma. A wiecie co daje dużego kopa motywacyjnego? Ta myśl, że za miesiąc, dwa, wrócimy do Polski. Że się od siebie uwolnimy. Że w końcu odpoczniemy, a potem pojedziemy gdzieś dalej, z całkiem inną, nową ekipą. To było chyba najlepsze – świadomość, że ta mordęga się skończy, a zacznie się następna przygoda.
Bo tak naprawdę z perspektywy czasu dziś dla mnie każdy wyjazd był niesamowitą przygodą, kopalnią doświadczeń i nowych przeżyć. Ponadto kilka pojedyńczych dni na te kilka miesięcy mieliśmy wolnych, więc wbrew pozorom, dało się coś pozwiedzać.

Kasa. Wiele osób mi mówiło: „zwariowałaś?! tyle pracować za takie pieniądze?!”. Jasne, dla jednego było to mało, dla drugiego – wystarczająco, by jeździć. Każdy z nas miał jakiś cel. Nie czarujmy się – w Polsce, w normalnej pracy, w życiu nie odłożylibyśmy tego, co byliśmy w stanie zaoszczędzić w kilkumiesięcznej pracy za granicą. Niektórzy uzbierali w kilka lat na kupno mieszkania bez kredytu. Inni na rozwój biznesu w Polsce. Ktoś dzięki tym pieniądzom miał możliwość wziąć udział w zajebistych, ale też kosztownych szkoleniach. Jeszcze inni postawili na stabilny początek za granicą (np. ja).

Trwałe znajomości, wiele możliwości. Z tych wszystkich wyjazdów mam mnóstwo znajomych, z którymi do dziś mam kontakt. Znamy się jak łyse konie, gadamy raz na jakiś czas, pomagamy sobie w życiu po wyjazdach. Np. gdybym nie poznała M. na Majorce to by mnie nie było dziś tu, gdzie jestem. Gdyby nie dr D. to nie kupiłabym fajnego iPhone’a po taniości. Gdybym nie poznała Z. to nie miałabym okazji zobaczyć pracy w pewnym ośrodku w Hamburgu. Miałam także możliwość wakacyjnej pracy w Kołobrzegu. Dostałam tylko telefon: „Kasieńka, jest robotka, w Kołobrzegu, na 2 miesiące, wchodzisz?”. Już nie wspomnę o kilku naprawdę fajnych propozycjach pracy od klientów.
W Wiedniu, gdy poszukiwałam zastępcy za siebie w pracy, w pierwszej kolejności myślałam o osobach z wyjazdów. Bo są w stanie szybko się zebrać, zdecydować na zmianę. Bo mają doświadczenie, podstawy języków obcych, radzą sobie w ekstremalnych sytuacjach, są przyzwyczajone do zmian. Tak więc w Wiedniu spotkałam się z M., który miał przejąć moje obowiązki. I tak się toczy życie, gdzie ciągle zahacza się o kogoś ze starej firmy.

Spora grupka osób pracuje w firmie od lat i nie ma zamiaru szukać zajęcia w kraju. Poznawanie ludzi, praca ciągle z kimś innym i świadomość, że to zlecenie się skończy, a przyjdzie następne – to jest coś, co mocno pociąga ludzi w kierunku trwania w takim sposobie życia. Ja czasem tęsknię za tym. Tęsknię za nowymi bodźcami, za godzinnymi rozmowami z osobami, które mają swoje, całkiem inne od moich przekonania, zainteresowania, motywy do działania. Pociągające jest ich poznawanie. To jest coś… coś zajebistego.
Ale to, że ja za tym tęsknię, to nie znaczy, że wszystkich to pociaga. Niektórzy lubią dominować, a w firmie mają ku temu dobre warunki. Inni lubią intrygi, romanse i to jest dla nich bodziec, którego potrzebują jak powietrza. Stąd nie zawsze jest kolorowo.
Wspomniałam o komentarzach dotyczących mojej byłej firmy. W internecie można znaleźć dużo nieprzychylnych opinii na jej temat. No cóż… o szczegółach pisać mi nie wypada, ale jedyne co muszę zaznaczyć, to to że ludzie tworzą miejsce pracy. Niezależnie od kierownictwa, którego przecież nie ma na miejscu zlecenia – jeśli ludzie mają nakopane w głowach, to nie będzie dobrze.

Czy polecam? Jasne. Jeśli ktoś szybko chce uzbierać pieniążki, jeśli ktoś jest zdołowany ciułaniem w Polsce – sezonowy wyjazd jest dobrym rozwiązaniem. Jeśli ma się cel i wie się, po co się to robi – spróbujcie. Ja nie pożałowałam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s