Moje koleżanki krowy, czyli droga z Au na Kanisfluh

W Vorarlbergu wszyscy znają Kanisfluh. Z jednej strony stroma, kamienista, wyrazista góra, którą mogą podziwiać mieszkańcy Mellau, z drugiej – łagodnie nachylone, żywo zielone polany widoczne w Schnepfau. Nie bez powodu Kanisfluh przez wielu uznawane jest za najpiękniejsze miejsce w Vorarlbergu.

Swoją wycieczkę zaczęłam w Au, czyli na wysokości 900 m n.p.m. Kanisfluh ma 2044 m n.p.m., więc miałam „trochę” do przejścia.
Są dwie możlwości startu z Au: pierwsza – zostawić auto w pobliżu kościoła (centrum wsi). Druga – gdy jedziemy od strony Mellau – skręcić na Damuls. „Kawałeczek” się jedzie i za mostkiem, ale przed ulicą Leue (i właśnie tą ulicę wpisałam w nawigację) po lewej stronie jest miejsce dla ok. 4-5 samochodów. Ja przybyłam na miejsce po godzinie 7, więc nie miałam problemu z zaparkowaniem.

Ale można także w Mellau zostawić samochód, kolejką wjechać w wyższe partie i stamtąd ruszyć na Kanisfluh. Taka wyprawa według aplikacji trwa 2 godziny (od kolejki do Kanisfluh, w jedną stronę). Można z Mellau wejść na Rossstellealpe zamiast wjechać kolejką – wtedy mamy już zaplanowaną całodniową wycieczkę z wczesną pobudką.
Jednak większość ludzi wybiera inną opcję – podjeżdżają autem na wysokość około 1490 m n.p.m. (Edelweiss Oeberle) i stamtąd wyruszają. Wśród nich są rodziny z dziećmi, osoby starsze (miejscowe fit babeczki i dziadkowie). Taka wycieczka trwa 1,5- 2 godz. w jedną stronę. Nie jest to jednak łatwa trasa. Pewien poziom wydolności jest wymagany, z resztą szlak oznaczono czerwonym kolorem (średnia trudność).

Ja się upociłam z dwóch powodów: po pierwsze, bo pod górkę. Ruszyłam po 7 z Au, na szczycie byłam po godzinie 10, może i 10:30. Czyli 3,5 godziny cały czas pod górkę. Można się spocić.
Po drugie – krowy. Matko boska, ile tam było krów! I teraz opowiem Wam jak to z tymi krowami było. Wspominałam gdzieś, że podczas wędrówki krowy mnie goniły. Wtedy przyśpieszyłam kroku i udało mi się dotrzeć do ogrodzenia, za którym byłam bezpieczna. To było jedyne pastwisko, przez które musiałam wtedy przejść. Tym razem jednak krów było mnóstwo. Po drodze przechodziłam przez 4 hale.

Zadowolona sobie szłam, nagle zobaczyłam na drodze „szyny” (nie wiem jak to się nazywa) – takie podłużne metalowe belki, przez które bydło nie przejdzie, bo ich nogi mogą utknąć w podłużnej dziurze i boją się, zwyczajnie. Więc, gdy tylko to zobaczyłam i usłyszałam dzwonki, zamarłam. Ale przeszłam kawałeczek i mym oczom ukazało się duuużo krów, niektóre stały bardzo blisko drogi. „Nie ma mowy, wracam!”, pomyślałam i tak też zrobiłam. Szybko jednak dostrzegłam małżeństwo idące w górę, więc stanęłam i poczekałam. Gdy mnie mijali, spytałam czy mogę się do nich dołączyć, bo tam są krowy, których się panicznie boję. Bez wahania powiedzieli „jasne!”.
I tak szliśmy sobie przez pastwisko. Jakieś krowy do nas podchodziły, ale wystarczyło, by mężczyzna machnął ręką, i już zwierzęta się płoszyły. Jeden cielak był bardzo odważny, dał się głaskać (ja się nie odważyłam). Jednocześnie para opowiadała, że krowy są niegroźne, że są jedynie ciekawskie, stąd czasem na nas patrzą lub idą do nas. W okolicach nie słyszeli o groźnych sytuacjach związanych ze zwierzętami, zazwyczaj na pastwiskach są jedynie krowy płci żeńskiej, czasem też oddzielone od młodych. Dobrze, że ich spotkałam, bo się troszkę pewniej czułam, a i też mogłam się oswoić z myślą przechodzenia koło bydła na szlakach.
– Idziecie też na samą górę? – spytałam.
– Nie, my prawie każdego ranka robimy sobie tutaj takie małe kółko, zaraz skręcimy w prawo. – powiedział mężczyzna. – Ale nie martw się, dalej raczej nie będzie już krów. – dorzucił, po czym minęliśmy drzewa i spojrzeliśmy w górę a tam… mnóstwo łaciatych stworzeń.
– Nie bój się, dasz radę! Dobrze ci poszło, zachowałaś przy nas spokój, teraz też sobie poradzisz! Jestem tego pewna! – motywowała kobieta, po czym pożegnaliśmy się i zostałam sama….

Wyprostowałam się i kroczyłam przed siebie. Krowy – spoglądały na mnie, jakby chciały mnie zjeść. Powtarzałam sobie, że są tylko ciekawskie. Myślą sobie „a co to za Maryna idzie?”, nic więcej. Nie chcą mnie staranować.
Jedna czarno-biała mućka stanęła mi centralnie na drodze. „Nie będę próbować jej minąć, idę na nią”, pomyślałam. I, o dziwo, krowa się posunęła. Kulturalnie, zeszła na bok. Grzeczna mućka!
Ależ się uradowałam. Od razu luźniej na sercu. Przeszłam gładko, bo na owej polanie pasły się doświadczone krowy, którym się nie chciało bliżej podchodzić.

Myślałam, że to koniec oswajania się z krowami. Nic bardziej mylnego. Przede mną następna hala. „Pfff, już się nie boję”, pomyślałam. Dostrzegłam jakąś babeczkę, która wybrała się na poranne bieganie. I akurat jeden cielak stwierdził, że to zabawa i zaczął biec za nią. Kobieta zbiegała w dół, za nią krówka, a 20 metrów niżej – ja, jeszcze odważna, tuptałam w górę. Co zrobiła fit-babeczka? Wskoczyła na ganek przydrożnego domku, po czym rozpędzony zwierz pędził na mnie. Miałam koło siebie drzewa, więc się w nie wpakowałam. Tak krowa w końcu się zatrzymała. Odczekałyśmy chwilkę, po czym biegaczka postanowiła wyjść ze skrytki i spokojnym krokiem zmierzać w dół.
– Teraz to ja się boję – powiedziałam z nutką pretensji w głosie do kobiety, gdy ta mnie mijała.
– Ja też bym się bała na twoim miejscu, ta młoda krowa jest narwana. Idź sobie bokiem polany, wyżej, za kapliczką, wyjdziesz na szlak i ominiesz to stado.
– Okej, dzięki.
Jak rzekła, tak zrobiłam, aczkolwiek serce biło jak oszalałe. I ten cielak, mimo że byłam daleko od niego i od jakiejkolwiek krowy, mimo że szłam jakimiś trawskami, to się na mnie gapił. „Ratunku, niech mnie ktoś stąd zabierze”, myślałam. Ale dałam radę. Ufff.

I zrobiło się rozkosznie. Weszłam w las, droga zwęziła się do wąskiej ścieżki. „Huraaa, dałam radę! Więcej już nie będzie krów!”.
Ale wiecie co? Myliłam się. Po około 10 minutach wędrówki w lesie wyszłam na kolejną halę. Z daleka spojrzałam, że krowy wyglądają na starsze. Pierwszą część pastwiska pokonałam bez problemów, bo krowy pasły się z dala od ścieżki, natomiast drugą część nie wiedziałam jak przejść. Trzy krowy stały centralnie na drodze, reszta także pasła się niebezpiecznie blisko szlaku. Na szczęście wzdłuż ścieżki przebiegało ogrodzenie, więc je przekroczyłam nie zważając na prąd, który mógł mnie pokopać. Wolę być kopnięta przez prąd niż przez mućkę.
I tak minęłam krowy, które się mną zainteresowały, ale czułam się bezpieczna, nawet do nich zagadałam (taka odważna jestem, gadam do zwierząt gdy nie mają jak mnie dopaść). Wróciłam na szlak, przeszłam przez bramkę i tak oto pokonałam swój strach. Później krów nie spotkałam.

Dotarłam do poziomu parkingu, który już był zapełniony. Wyprawa od tego momentu do szczytu przebiegła bez większych problemów. Miałam nadzieję na spotkanie koziorożców alepjskich, ponoć często można je tu spotkać. Ale przy takiej ilości turystów poszły pewnie w spokojniejsze miejsce.
Szczyt? Dotarłam tu koło godziny 10:30, jak już wspomniałam. Piękne widoki. Jezioro Bodeńskie nawet widać! (z Bregencji jedzie się tu około 50 minut autem). Wiele pagórków, które zaliczyłam w kwietniu, wydawały mi się takie malutkie z tej perspektywy. Od drugiej strony można podziwiać Damulser Mittagspitze, szczyt który mnie hipnotyzował gdy siedziałam na Brüggelekopf . Tu mogłam z bliska mu się przyglądać.

Siedząc na szczycie napawałam się pięknem tego miejsca, ale niestety w mojej głowie pojawiło się pytanie: jak ty Maryna wrócisz? Przez te hale pełne krów? Starałam się nie myśleć o mućkach w danym momencie, aczkolwiek czasem ciarki mnie przechodziły na myśl o pastwiskach.
Ale to co było wadą wyprawy, czyli tłum turystów i miejscowych piechurów, mogło zadziałać na moją korzyść – ktoś z nich musiał w końcu przebyć taką drogę jak ja, a zatem też będzie wracał do Au. Po zejściu do miejsca, gdzie ścieżki się rozchodzą i gdzie usytuowany jest parking, czekałam około 10 minut i obserwowałam, czy ktoś kieruje się w stronę krowiego szlaku. Niestety… Kompletnie nikt. Wszyscy do swoich aut (mieszczuchy!).
„Ja już nie mam siły na stresowanie się krowami, ja tamtędy nie dam rady”, stwierdziłam, po czym ruszyłam drogą dla samochodów w dół. Według mapy to o wiele dłuższa trasa, ale miałam dużo czasu i nie zależało mi na szybkim zejściu. Dzięki temu mogłam zobaczyć, jak wygląda droga do parkingu – jest wąska, gdzieniegdzie są utworzone zatoczki na wypadek, gdyby auto z naprzeciwka jechało. I wyobraźcie sobie, że mieszczuchy nawet w tych zatoczkach zostawiali swoje samochody..
I tak sobie schodziłam, w pewnym momencie jakieś auto zjeżdżało w dół. Zatrzymało się przy mnie, otworzyło się okno, po czym pani kierowca spytała, czy może mnie nie podwieźć? „Chętnie!” odpowiedziałam bez wahania.
– Zawsze gdy ktoś tędy idzie na piechotę to znaczy, że nie jest świadom, jak długa jest to droga. Wiadomo, że taka osoba nie jest stąd. Z poziomu parkingu można przejść na bardzo przyjemny szlak, bez samochodów i takich serpentyn, wiesz?
– Yyy… tak wiem. Tamtędy weszłam. Tylko że tam są krowy… za dużo krów. Boję się krów i nie chcę tam iść. – odpowiedziałam i zapadła cisza. Prócz mnie na miejscu pasażera jechały jeszcze dwie inne babeczki, wszystkie w wieku około 45 lat. Bardzo sympatyczne, podwiozły mnie pod moje auto, ale były lekko poirytowane moim tłumaczeniem. No trudno, nic na to nie poradzę, że kwestia krów na szlakach mnie przerasta. Choć myślę, że tego razu i tak mogłam być z siebie dumna. W końcu przechodziłam sama obok wielu łaciatych zwierząt, które pasły się bardzo blisko mnie, z resztą możecie sami zobaczyć na zdjęciach powyżej. Tak, jestem z siebie dumna. 🙂
Następnym razem będzie tylko lepiej 😉

Podsumowując – Kanisfluh ogromnie polecam, jeśli nie boicie się krów to ścieżka z Au jest bardzo przyjemna. Jeśli wolicie sobie ułatwić wyprawę i mniej się męczyć, wjedzcie na parking, ale musicie zebrać się wcześnie rano, bo później – przy ładnej pogodzie i w weekend – może zabraknąć miejsc parkingowych. Albo możecie skorzystać z kolejki w Mellau.

A krowy? Fajnie, że przeżyłam ten dzień. I mam nadzieję, że następne spotkania z mućkami będą mniej stresujące. Że przywyknę do nich. No innego wyjścia nie mam. Muszę przywyknąć!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s