Dlaczego warto wejść na Pfänder

Każdy kto mieszka w Vorarlbergu zna Pfänder mimo, że górka ma tylko 1064 m n.p.m. W wakacje przewija się tu mnóstwo turystów, zarówno takich, którzy wchodzą na własnych nogach, jak i mniej sprawnych, wjeżdżających kolejką na wszelakie punkty widokowe. Osobiście do niedawna nie przepadałam za tym miejscem. Ale dziś powiem Wam dlaczego warto się tam zjawić 🙂

Na Pfänder można dojść co najmniej trzema ścieżkami z centrum Bregenz: spod kolejki jak i z dwóch równoległych uliczek biegnących w górę (Pfanderweg bądź Altreuteweg). Kto lubi więcej chodzić – może najpierw wejść na Gebhardsberg, stamtąd kierować się na Fluh, by pójść dalej na Pfänder. Istnieje także dróżka z Lochau.
Niektórzy mieszkańcy okolicznych wiosek wbiegają regularnie (w ramach treningu) na Pfänder, inni prawie każdego poranka, tj. około godziny 6-7 wchodzą na szczyt, by potem zjechać najwcześniejszą kolejką w dół. Można też „podjechać” rowerem – takich wariatów można spotkać nawet w tygodniu, latem w ciepłe dni w godzinach wieczornych. Niektórzy po pracy zamiast na siłownię wolą trening aerobowy w terenie, zachód słońca na szczycie jest moim zdaniem całkiem fajną nagrodą za siódme poty. No i Pfänder jest też zawsze dobrym miejscem na randki (ale tych tu jest masa, są lepsze zakątki ;)).

Jeśli chodzi o czas – można zaplanować zarówno całodniową wycieczkę, jak i 15-minutowy wypad. Dla tych, którzy nie boją się lekkich serpentyn na wąskiej drodze mam dobrą informację – na Pfänder można wjechać autem.
Przez Gebhardsberg idzie się bardzo przyjemnie, wycieczka na szczyt zajmie około 2,5-3 godziny (w zależności jeszcze skąd, czy centrum Bregenz czy parkingu w okolicach Gebhardsberg).
Spod kolejki idzie się około 1-1,5 godziny. Ja w tamtym roku wchodziłam w czasie około 1 godzina 20 minut, ostatnio udało się w godzinkę wyrobić. Mimo że krótko się idzie, to intensywnie. Można się zmęczyć.
Z Lochau nie wchodziłam, za to tędy schodziłam. Widoczki mnie urzekały. Polecam.
A kolejką.. kolejką to wjeżdża mnóstwo ludzi. I przez ten tłum na górze nie przepadałam za tą górą. Mnóstwo dzieci bawiących się na mini placu zabaw, całe rodziny spacerujące po parku z alpejskimi zwierzętami, mnóstwo Niemców wiecznie zajmujących miejsca w restauracji przy kolejce. To zniechęca, nie żebym miała coś do ludzi, dzieci mają od tego nogi i gardła, żeby biegać i wrzeszczeć, z tym nie dyskutuję. Ale omijam tego typu miejsca, po prostu.

I tak, 90% ludzi po wjechaniu na górę delektuje się widokami (a widok na jezioro jest piękny), pyka fotki, pokręci się na małym placyku, popatrzy w góry, siądzie na ławeczce jeśli jest miejsce. Niektórzy popatrzą na zwierzęta w klatkach (koziorożce, muflony, dziki, sarny i jelenie, zające, świstaki) i … i tyle.

Tymczasem na uboczu jest mała ścieżka prowadząca prawie że pod samą wieżę i na sam szczyt z krzyżem (3 minuty się idzie). Owa ścieżka przechodzi koło bardzo przytulnej, małej chatki – Gasthaus Pfänderspitzhütte. I tu można zaznać spokoju (poza godzinami szczytu, czyli w porze obiadowej w weekendy).
Restauracja posiada ogródek, w którym bardzo przyjemnie się siedzi. I jest cisza, spokój 🙂
Ja trafiłam tam dopiero za trzecim wejściem na górę. Byłam wtedy ze znajomym. On był głodny, restauracja przy kolejce była pełna, więc poszedł tą małą ścieżką.
– Ej, gdzie ty leziesz? Tam już nic nie ma!
– Skąd wiesz, byłaś tam? Ja chce jeść, tam jest jedzenie.
– Nie byłam, ale jedzenia raczej tam nie znajdziemy – powtórzyłam, ale w tym wypadku nie miałam nic do gadania.


A jednak stała sobie mała chatka. P. spojrzał z grymasem na twarzy, on lubi restauracje takie… jak ja to mówię.. „ą ę”. A tu jakiś ogródek, stare stoliki, do których żaden kelner nie podchodzi… „Zjeść tu, prawdopodobnie coś niedobrego, czy zostać głodnym?” – pytał sam siebie w głowie.
Ludzka potrzeba wygrała z zachcianką siedzenia w lokalu z gwiazdkami Michelin.
Nie pamiętam co on zamówił. Ja – kiełbasę z kapustką zasmażaną. Ależ była jego mina, gdy skosztował.
– Ej, to jest zajebiste….
– No… moja kapustka też przepyszna…
Było pysz-ne! Spędziliśmy w tym ogródku około 1,5 godziny, tak przyjemnie się tam siedziało. Pełny brzuch, drineczek, widok na jezioro, piękna pogoda… czegóż chcieć więcej? P. był bardzo zaskoczony, mówił że dawno tak dobrze nie zjadł.

Rok później dowiedziałam się, że w owej chatce na kuchni pracuje… Polka!
W dodatku kiedyś tam w dzieciństwie się poznałyśmy! Ale ten świat jest mały…. 😀
Agnieszka lubi gotować, to słychać gdy tylko zaczyna mówić o jedzeniu.
Mogłabym jej słuchać i słuchać!
„Musisz do nas przyjść na Käsespätzle! Są bardzo dobre, ciasto sami robimy (inni często kupują gotowce), cebulkę też sami prażymy, sery mamy od zaufanego lokalnego gospodarza!”, mówiła mi ostatnio Agnieszka.

W końcu tam dotarłam, i nie zawiodłam się. Miałam opory, bo staram się ograniczać nabiał (oj grabię sobie teraz u wegan), ale musiałam skosztować. I muszę Wam powiedzieć, że przepyszne.
Ponadto obsługa bardzo, ale to bardzo miła i widać, że pracownicy tworzą zgrany team. Naprawdę, w niewielu miejscach można czuć tak przyjazną atmosferę między pracownikami jak i życzliwy stosunek do klienta. Su-per!
I wiecie co? Chyba będę teraz wchodzić na Pfander o wiele częściej niż kiedyś…
Dla tego pysznego jedzonka i widoczku z ogródka – warto. 🙂

PS. Więcej zdjęć z owej górki na moim instagramie, tu nie zmieszczę wszystkiego, a tak wiele chciałabym Wam pokazać!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s