Schesaplana (2965 m n.p.m.) – wyprawa nie dla każdego

Nie ufajcie do końca aplikacjom, bo zdarza im się kłamać. Sama dwa razy przyłapałam bergfex na niewinnej bujdzie dotyczącej szacowanego czasu wyprawy. Tak było na przykład w przypadku Schesaplany.

Lünersee

Bergfex pokazuje, że Schesaplanę zdobywa się w 5,5 godziny od parkingu. Jednak prawda jest taka, że wyprawa trwa tyle od Lunersee, czyli jeziora, pod które trzeba wyjechać kolejką górską (koszt – 17 euro w obie strony). Ale po kolei.

Gdzie zostawić auto?
Na parkingu przy kolejce na Lunersee. Droga na parking jest kręta i wąska, a więc osobom, które się boją prowadzić pojazd na takiej jezdni, polecam zostawić auto w Bludenz albo w Brand i dalej jechać autobusem L81 (wpiszcie w google L81 Bludenz i łatwo znajdziecie dokładną trasę i rozkład jazdy autobusu). Przy parkingu są parkomaty, cały dzień kosztuje 3 euro.

Kolejka górska na Lünersee jest czynna od sierpnia (w tym roku od 8.08) do 26 października. Ma długość 731 metrów, różnica wysokości między parkingiem a „wysiadką” wynosi 411 metrów. Jeśli nie chcecie kolejką wjeżdżać – oczywiście możecie piechotą wejść do poziomu jeziora, taka wędrówka trwa podobno około godziny (nie wiem, nie szłam). Muszę tu jednak zaznaczyć, że szlak do łatwych (kondycyjnie) nie należy – z wagonika wygląda na to, że wjeżdża się na ścianę.

Gdy wysiadłam z kolejki, rozpoczęłam wędrówkę w prawo. Na znaku jest napisane, że do Schesaplany idzie się 3 godziny. „Pfff, żarty, przecież aplikacja mówiła, że z samego dołu dam radę w 5,5 godzin w obie strony.”, pomyślałam. Pewna siebie, żwawym krokiem szłam wzdłuż brzegu jeziora, by po 10 minutach skręcić w prawo, zgodnie z oznaczeniem. „O, zaczyna się wchodzenie pod górkę”, ucieszyłam się. Jednak szybko entuzjazm ze mnie wyparował.

Szło mi się bardzo, ale to bardzo trudno. Po godzinie dotarłam do schroniska Totalphütte (2385 m n.p.m.). Myślałam, że już napewno połowa drogi za mną. Nic bardziej mylnego. Gdy na znaku zobaczyłam, że jeszcze dwie godziny, zwątpiłam. „Nie dam rady”, pomyślałam. Serio.

Właściwie dalej szło się w dalszym ciągu trochę pod górkę. Nie sprawiałoby mi to najmniejszych kłopotów, gdybym była o 1000 metrów niżej niż się znajdowałam. Nie wiem jak inni, ale ja mocno odczuwam zmniejszoną ilość tlenu już na takiej wysokości. Śmiejcie się, ale tak mam.

Z bidą doszłam do kolejnego znaku, który pokazywał drogę i wspomniał, że do szczytu została godzina. Myślałam, że się popłaczę. Na szlaku mijali mnie ludzie po pięćdziesiątce, wyglądali jakby w ogóle nie byli zmęczeni. Z jednym małżeństwem ciągle się mijałam – gdy oni robili przerwę, ja ich wyprzedzałam, z kolei gdy ja miałam pauzę, oni wychodzili na prowadzenie.
Na 10 minut przed szczytem spotkaliśmy się i pan zwrócił mi uwagę, że jestem silna. Ja na to odpadłam, że nie, ja nie jestem silna, to oni są bardzo mocni. Spytałam przy okazji jak często chodzą po górach. „Ostatnimi czasy 3-4 razy w roku, kiedyś o wiele częściej, a poza tym to od dziecka chodziliśmy, w górach się wychowaliśmy”. Pozazdrościłam im. Naprawdę fit małżeństwo, jakich było tam bardzo wiele.
Ta ostatnia godzina drogi była dla mnie mordęgą. Już momentami jęczałam, przeklinałam, dziadki mnie wyprzedzały i motywowały. Pytałam schodzących z góry, czy jeszcze daleko z nadzieją, że mnie pocieszą. „Nooo, jeszcze najgorszy kawałek przed tobą”. No nieee, nie chciałam tego słyszeć!

Ale wylazłam. Dawno nie byłam tak zmęczona. Droga do szczytu zajęła mi równe 3 godziny od jeziora. A więc tak jak znaki pokazywały, a nie tak jak aplikacja mówiła.

Widoki. Boże, co to były za widoki. Nie chciało mi się schodzić. Tam było tak pięknie! Po drugiej stronie góry jest już Szwajcaria, można było wiele szwajcarskiego terenu zobaczyć. Poza tym – austriacki szczyt o nazwie Zimba. Wygląda cudownie. Zakochałam się w nim. Nie mam pojęcia, czy uda mi się na niego kiedyś wejść, ale jest piękny.
Lodowiec – nie wiem, nie widziałam. Podobno był. Czasem przechodziło się obok kupek śniegu, ale lodowca niestety ze szczytu nie widziałam…. stopił się? 😦 (aktualizacja: lodowiec jeszcze tam jest!)
Widok na Lunersee i okoliczne góry – także powalał. Wszystko tam powalało. Aż chce się tam drugi raz wejść, mimo mordęgi. Warto było!
Dzień był przejrzysty, pogoda idealna. Widoczne było nawet Jezioro Bodeńskie! (oddalone o około 70 km!).

Zimbaspitze

Nasyciłam się widokami i po 40-minutach zaczęłam schodzić.
Miałam nadzieję, że droga powrotna będzie szybsza. Niestety nie była. Sucha ziemia i skały, kamyczki nie ułatwiały wędrówki. Dwa razy wylądowałam na tyłku. Trzeba tu bardzo uważać.
Po około 3 godzinach wróciłam pod Lunersee.

Aktualizacja: za drugim razem wchodzi się o wiele lepiej 🙂 wiadomo, czego się spodziewać (za pierwszym razem chyba – sugerując się bergfexem – zbyt lekceważąco podeszłam do tematu, przez co tak „cierpiałam”). Za drugim razem nie dość, że na szczyt doszłam pół godziny szybciej, to i poziom zmęczenia nie był tak wysoki. I widziałam lodowiec! Jest! Za pierwszym razem zbyt dużo ludzi siedziało na szczycie, a ja byłam słaba i nie miałam ochoty przeciskać się między innymi turystami, żeby widzieć kawałek śniegu. Za drugim razem nie byłam tak zmęczona, moje kroki były pewne, a i ludzi mniej na górze, toteż bez problemu wypatrzyłam lodowiec

Podsumowując:
Dojazd: na parking pod kolejkę na Lunersee bądź autobusem z L81 Bludenz
Czas: 6 godzin ALE z Lunersee, nie z parkingu! Jeśli by ktoś chciał z parkingu startować, to taka wedrówka trwałaby około 8 godzin.
Poziom trudności: kondycyjnie – dla mnie trudny szlak. Koordynacyjnie – dla średniozaawansowanych. Momentami niebezpiecznie, łatwo o kontuzję, ale bez ogromnych przepaści.
Schronisko: Totalphutte, około godzinę od Lunersee. Można przy pięknych widoczkach herbaty się napić. (tu dojdzie prawie każdy, a zdjęcie Lunersee na początku jest własnie z drogi do Totalphutte, więc można sobie taką skróconą wycieczkę zrobić).

Ogólnie rzecz ujmując, góra dała mi do zrozumienia, że… że częściej muszę chodzić powyżej 2 tys. metrów. 🙂 Tak więc, czas wyruszać wyżej, i wyżej, i wyżej. 🙂 Może kiedyś dorównam fit babeczkom po 50-tce, które mnie wyprzedzały na Schesaplanie. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s